niedziela, 4 stycznia 2015

Spóźnione życzenia!

Hej!
Już po świętach i po sylwestrze, ale nie mogłam się zebrać, żeby coś napisać. Zacznę więc od spóźnionych życzeń: Wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, pieniędzy i szczęścia w roku 2015!!!

Postanowiłam wam coś napisać. Mam nadzieję, że pamiętacie opowiadanko z poprzednich świąt. W sumie to nie pisałabym nic, gdyby nie ostatnie zaginięcie. Pewnie słyszeliście, głośno o tym było w telewizji. Tak więc ku pamięci dwóch braci [*]

Znowu grudzień, znowu święta. Marek wyszedł z zamku i obserwował ludzi. Wszystko wyglądało jak rok wcześniej. Mężczyzna, niby przypadkiem, co jakiś czas przechodził obok domu Didyme. Chciał pójść do niej wcześniej, ale coś go powstrzymywało. Tak jakby wtedy nie był odpowiedni czas. Marek przeszedł obok domu dziewczyny jeszcze kilka razy i postanowił zajrzeć do domku, do którego ostatnim razem zaprowadził Didyme.
Już tam była. Najwyraźniej na niego czekała. Tym razem była ciepło ubrana, a obok niej siedział młody mężczyzna.
- Mówiłam, że przyjdzie? - zapytała tamtego człowieka, po czym przytuliła Marka.
- Mówiłaś. Mówiłaś też, że on nam pomoże.
Marek zdziwił się.
- W czym miałbym pomóc? - zapytał, przypominając o swojej obecności.
- Nasi ojcowie zaaranżowali nam małżeństwo - powiedziała Didyme. - A tak właściwie to, to jest Marcin. Mój narzeczony.
Wampir jeszcze raz spojrzał na młodego mężczyznę. Widać było, że dopiero niedawno przestał być chłopcem. Wiać również było, że Didyme wolałby mieć za siostrę, niż za żonę.
- Żadne z nas tego nie chce - odezwał się Marcin. - Mój ojciec chciał dać mi za żonę jakąś trzynastoletnią dziewczynkę. Aby się od tego wymigać powiedziałem, że wolałbym pannę trochę bardziej zbliżoną mi wiekiem.
- A wtedy jego ojciec poszedł do mojego ojczyma. No i na wiosnę bierzemy ślub - dokończyła Didyme.
- A jak ja miałbym wam pomóc? - zainteresował się Marek
- Idź do mojego ojca i poproś o moją rękę - odpowiedziała Didyme, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Co?! - wręcz krzyknął zaskoczony Marek.
- Zareagowałem podobnie - stwierdził uśmiechnięty Marcin.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? Skoro obiecał cię innemu, odprawi mnie z niczym - powiedział, a na twarzy kobiety pojawił się uśmiech.
- To załatwimy my. Odegram wariatkę, a Marcin pójdzie z tym do swojego ojca, a on do mojego ojczyma.
- Ona obmyśliła wszystko. I odpowiedź na wszystko też ma. Tak jakby wiedziała co powiemy - rzucił Marcin kiedy zobaczył, że Marek ponownie otwiera usta. Didyme tylko się uśmiechnęła.
- Wyślesz kogoś jako posła. Przecież Marek Volturi nie będzie fatygował się osobiście, nieprawdaż?
Marcin nie wydawał się zaskoczony, Marek natomiast myślał, że zwariował.
- Skąd wiesz? - zapytał.
- Wiem wiele rzeczy. Między innymi to, że zrobisz to, o co cię proszę. Równo za miesiąc kogoś wyślij do mojego domu.
Didyme po raz kolejny przytuliła Marka. Żadne z nich do tej por nie zdawało sobie sprawy jak bardzo tęskniło. Marek nie rozumiał tej ludzkiej dziewczyny. Pierwszy i ostatni raz widziała go rok wcześniej, a już była gotowa zostać jego żoną. To, że on przystał na ten pomysł było wynikiem tego, że obserwując ją przez ten rok zdążył ją pokochać. Ostatniej zimy widział w niej młodą dziewczynę, jeszcze dziecko, ale jeden rok zmienił dużo. Zarówno w jej wyglądzie, jak i w zachowaniu. Zmieniła też jej ojczyma. Śmierć matki Didyme była wielkim ciosem dla jej ojczyma. Marek obserwował jak ta młoda osóbka opiekuje się swoim opiekunem.
- Oczywiście odwlekaj ślub jak najdłużej - powiedział Marcin, a Marek spojrzał na niego. - Możesz i powinieneś.
Didyme pokiwała głową, a Marek uśmiechnął się. Doskonale to wiedział. Didyme może wyglądać jak kobieta, ale stanowczo potrzebowała czasu. Jeśli tyle o nim wiedziała, to o tym czym jest, na pewno również. Skoro chciała zostać jego żoną, równało się to z przemianą. A wieczność w siedemnastoletnim ciele nie jest zbyt pociągająca. Marek doskonale wiedział, że historia zatacza koła i niedługo naprawdę byłaby uważana za dziecko.
Didyme po raz ostatni przytuliła Marka i wyszła z chaty. Marcin został.
- Didyme ci ufa - stwierdził, patrząc mu w oczy. Wampir uświadomił sobie nagle, że niedawno polował. - Mam nadzieję, że się nie pomyliła. Bo jeśli ją skrzywdzisz...
- Myślisz, że będziesz w stanie coś mi zrobić? - wypalił nagle Marek, a Marcin po prostu się uśmiechnął.
- Nie. Ale to nie znaczy, że nie spróbuję.
Chwilę później Marek został sam. Zdał sobie sprawę, że doskonale rozumie tego młodego człowieka.
Następnego dnia Marek ponownie zajrzał do chatki. Nie było tam Didyme, jednak pod ścianą siedział Marcin i nieznany Markowi chłopak.
- Didyme miała rację. Jak zwykle - radośnie stwierdził chłopak. - Jestem Paweł, brat Marcina.
- Nie mam pojęcia czemu tu jesteśmy. Poprosiła nas, żebyśmy tu przyszli, bo się pojawisz - dokończył Marcin.
- Powiedziała mi, żebym ci powiedział, że nie możesz pozwolić, by on zginął. I nie, nie wiem o kogo chodzi - powiedział Paweł, a następnie skierował się do drzwi. Najwyraźniej uważał, że nie jest już potrzebny. Marcin przez chwilę się nie ruszał, po czym wyszedł za bratem.
Minęły święta i termin wysłania kogoś z prośbą o rękę Didyme zbliżał się wielkimi krokami, a Marek miał jeszcze w perspektywie opowiedzenie o tym braciom. Obaj wiedzieli, że ich najstarszy brat czuje coś do tej ludzkiej dziewczyny, ale tego na pewno się nie spodziewali. Znalazł więc odpowiednią chwilę i opowiedział wszystko braciom.
- Zawsze wiedziałem, że to ciebie kobieta poprosi o rękę. No, przynajmniej odkąd uciekliśmy Amazonkom - stwierdził w końcu Aro. Kajusz uśmiechnął się i przygryzł wargę.
- Nigdy nie myślałem, że przyznam ci rację - powiedział po chwili Kajusz. Marek wywrócił oczami, a jego bracia momentalnie się uspokoili.
- Czy powinienem wysłać jej jakiś prezent z tym całym posłem? - zapytał w końcu Marek, a Kajusz kiwnął głową. - Może Athendora ci coś doradzi.
Marek chciał wysłać kogoś ze straży, ale Kajusz zaoferował, że on pójdzie. Ten pomysł nie przypadł do gustu Aro, ale Marek się zgodził.
- A więc masz narzeczoną - powiedział Kajusz, kiedy tylko wrócił. - Zaprosiłem ich na za tydzień do Volterry na przyjęcie. Zaprosiłem również najbliższą rodzinę i przyjaciół. Ich, rzecz jasna. Będziemy musieli zmusić część straży, aby zasiedli do stołu. No i będziemy musieli jeść. Didyme może i wie o nas, ale co do reszty, to raczej wątpię.
- Nie mogłeś tego ustalić z nami? - warknął Aro, kiedy sobie uświadomił, ile będą musieli zrobić. Co prawda tydzień dla wampirów, to bardzo dużo, ale...
- Uspokój się, damy radę - stwierdził Marek, a Aro tylko westchnął. Jak trzeba, to trzeba. Dadzą radę. Trzeba tylko dopracować kilka szczegółów.
W dzień przyjęcia Marek postanowił wyjść do lasu. Godziny do przybycia gości dłużyły mu się okropnie. Kiedy tylko był pewien, że żaden człowiek go nie zobaczy, pobiegł wgłąb lasu. Zatrzymał się dopiero, kiedy usłyszał jakieś krzyki. Przez chwilę nasłuchiwał, po czym pobiegł w tamtym kierunku. Zobaczył dwa ogromne niedźwiedzie idące w stronę rzeki. Za nimi leżał, martwy już, koń. A przez rzekę próbował przepłynąć chłopak. Dopiero po chwili Marek rozpoznał Marcina. Dotarło do niego, że to dlatego Didyme wysłała wtedy Marcina i Pawła do tamtej chatki. W końcu o kogo innego mogłoby jej chodzić?
Marek w wampirzym tempie pobiegł i zabił oba niedźwiedzie. Następnie podpłynął do Marcina i wyciągnął go z wody.
- Nie masz przypadkiem stawić się dziś wieczorem na przyjęciu? - zapytał, a Marcin kiwnął głową, a potem zamknął oczy. Dopiero wtedy Marek zauważył, że bok mężczyzny był rozcięty. Rozdarł płaszcz i przewiązał ranę. Gdy upewnił się, że opatrunek się trzyma, wziął Marcina na ręce i pobiegł do zamku. Nie miał zamiaru pokazać się tak w mieście, a Afton mógł wyleczyć go znacznie szybciej.
Pierwszym gościem był Marcin, który wyszedł prosto z komnaty Aftona. Na szczęście, dla Marka, podziękowania nie były szczególnie wylewne i długie. Zwłaszcza, że zaraz potem pojawiła się Didyme i jej ojczym. Nawet perspektywa ludzkiego jedzenia nie była w stanie unieszczęśliwić Marka. Nie, kiedy Didyme była tuż obok.


No i kolejna miniaturka. Albo kolejna część, bo to już raczej nie miniaturka... Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze kilka świąt i będę musiała znaleźć inny temat.
Rozdział napisany, pojawi się za dwa tygodnie.
Jeśli pojawią się jakieś komentarze, to wcześniej :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 34

Jane szła na polankę. Spotykali się dwa razy w tygodniu. Marek i Kajusz potrafili wiele, ale dziewczyna nie potrzebowała już tak częstych lekcji. Kiedy doszła okazało się, że mężczyźni już na nią czkają. Marek wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Blondynka zachichotała na wspomnienie "zaproszenia".
- Możesz mi wyjaśnić, co to było? - zapytał Marek, a Jane kiwnęła głową.
- Spodobałeś się mojemu bratu - powiedziała po czym znów zachichotała. Tylko Kajusz nie wiedział o co chodzi.
- Jane. Ja pytam poważnie. Dlaczego on...
- Zaprosił cię na randkę? - dokończyła Jane, a kiedy tylko skończyła do jej uszu dotarł śmiech Kajusza.
- Czy... Alec... zaprosił...? - Mężczyzna nie był w stanie dokończyć pytania, ale to nie było konieczne. Dziewczyna kiwnęła głową.
- Chciałbym to zobaczyć - stwierdził kiedy się uspokoił. Jane wzruszyła ramionami i wykorzystała swoje pierwsze lekcje. Po chwili Kajusz znowu zwijał się ze śmiechu. Kiedy w końcu się uspokoił Marek spojrzał na brata z politowaniem. Zamierzał chyba coś powiedzieć, ale zrezygnował i zaczął prowadzić lekcje.
- Od dzisiaj wracamy do pierwszych lekcji. Nauczyłem cię wytwarzać dary, ale tak naprawdę to nie jest ci potrzebne. Za to łatwiejsze. Twoja moc jest naprawdę wielka i bez darów.
- Ale nie czyni mnie niezwyciężoną - przerwała mu.
- Owszem. Masz limity. Jesteś potężna i nikt w pojedynkę nie da ci rady. A przynajmniej kiedy już nauczysz się wszystkiego. Ale kilka silnych osób cię pokona. Ale nie mówimy o tym. Ty nie musisz wytwarzać darów, bo... bo potem to będzie bezużyteczne. - Jane chciała zapytać o co chodzi z tym "potem", ale postanowiła zostawić to na później. A Marek kontynuował. - Telepatię już zauważyłaś...
- Chyba nekropatię - szepnął Kajusz, ale Marek go zignorował.
- Nie potrzebowałaś wytwarzać daru. Ani pożyczać. Ta dziedzina może być trudniejsza, zwłaszcza, że będziesz chciała automatycznie sięgać po wytwarzanie darów. Ale to jest szybsze.
- Tak jak z żywiołami - wtrącił Kajusz. - Nie wytwarzałaś daru. Po prostu to robiłaś. Było trudniej, owszem, ale teraz potrafisz szybko zareagować. - mówiąc ostatnie słowa cisnął w Jane kulą ognia. Automatycznie posłała wodę. - Widzisz? - zapytał - Gdybyś miała wytworzyć dar, kula spaliłaby ci twarz.
Jane chcąc nie chcąc musiała przyznać mu rację.
- To od czego zaczynamy? - zapytał Marek.
- Telapatia - zdecydowała szybko. - Podobno już coś umiem, więc powinno pójść mi w miarę łatwo. No i pokaże mi różnice.
Marek pokiwał głową. Widać uznał to za dobry pomysł. Ale nie na tę noc. Lenistwo czasem łapie też wampiry, więc spacerkiem wrócili do Volterry.
Rano do pokoju Jane wszedł Alec. Najwyraźniej już się nie gniewał o tę randkę. Ale Marka chyba i tak będzie unikał.
- Co robisz? - zapytał patrząc na siostrę leżącą na łóżku.
- Śpię - odpowiedziała. - Też chcesz?
- Czemu nie. - Chłopak położył się na łóżku obok bliźniaczki i zamknął oczy. Każde z nich myślało o czymś innym, nie odzywali się, ale żadnemu to nie przeszkadzało. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. W ciszy.
Następnej lekcji już nie opanował leń, więc wzięli się do roboty. Jane szło opornie. Siedziała pod drzewem, patrzyła na Marka i usiłowała się odezwać. Telepatycznie. Jedno słowo. Pięć liter. Czy to tak dużo? Czuła się głupio uparcie powtarzając w myślach to jedno słowo. Witaj! Miała serdecznie dość tego powitania.
Po trzech godzinach bez efektu Marek wstał.
- Na dziś wystarczy. Poćwiczymy na następnej lekcji.
- Nigdy się tego nie nauczę - westchnęła Jane. Po trzech godzinach do Marka nie dotarł nawet najdrobniejszy sygnał. Miała wrażenie, że z żywiołami było łatwiej.
- Nauczysz, nauczysz - powiedział Kajusz uśmiechając się. Patrząc na niego w czasie lekcji- myślała Jane - komukolwiek trudno byłoby uwierzyć, że to ten sam Kajusz, który sprawia wrażenie wściekłego na wszystkich. Ale też nikt, kto znał tego wampira jako najmłodszego z Trójcy nie powiedziałby, że on może być wesoły, łagodny... ludzki. Może tylko Athendora.
Ruszyli powoli przez las.
- Wracamy do polowań - powiedział nagle Marek. Kajusz spojrzał na brata ze zdziwieniem.
- Już?
- Taki czas - stwierdził tylko.
- Możecie mi wyjaśnić o co chodzi? - zapytała Jane.
- Ludzie... - zaczął wyjaśniać Kajusz. - Ludzie nie chcą już zwiedzać Volterry. Uważają, że to... niewłaściwe. Coraz mniej osób przychodzi, a ktoś w końcu zauważy, że ci ludzie znikają. Tak więc wracamy do polowań. Żebracy, pijacy, sieroty - to będzie nasz cel.
Jane kiwnęła głową. Wiedziała, że tak będzie najlepiej.
- A co z ludźmi z darami? - zapytała.
- Jeśli Eleazar na takiego trafi, to mamy szczęście, a jak nie to poczekamy trochę. Za kilkaset lat znowu wrócą wycieczki.
- Kilkaset lat?
- Tak, - kontynuował Marek - a poza tym i tak większość obecnej straży sama do nas przyszła.
- Jakoś ostatnio nikt się nie pojawił - stwierdziła Jane, na co Marek się roześmiał. Po chwili kiwnął głową i pobiegł do Volterry.
- Ja też będę musiał zaraz iść - stwierdził Kajusz - Athendora mnie zabije jeśli nie wrócę przed świtem.
Kilka minut później Jane została sama.
Rano wszyscy zostali zwołani do WS. Jane zajrzała po drodze do brata, ale już go nie było. Wzruszyła ramionami i poszła dalej.
Na miejscu byli prawie wszyscy. Brakowało tylko Kajusza. Kiedy w końcu i on się pojawił, Aro wstał i zaczął mówić:
- Od dzisiaj wracamy do polowań. Zasady takie jak na akcjach. Nikogo, kogo nieobecność się zauważy. Czy to jasne?
Kiedy wszyscy przytaknęli Aro wytłumaczył im dlaczego postanowił tak. Jego wyjaśnienia były prawie identyczne z tymi, które przedstawili Marek i Kajusz w nocy.
Raz na dwa tygodnie. Taka miała być częstotliwość polowań. Oczywiście nie mieli wychodzić wszyscy razem, tylko małymi grupkami. Jane została przypisana do grupy z Heidi, Renatą i Demetrim. Wyruszali następnej nocy.
Jane zastanawiała się, czy te wypady nie będą jej przeszkadzały z lekcjach. W końcu ktoś mógłby zauważyć, że wymyka się do lasu. Stwierdziła jednak, że jeśli będzie jakiś problem Marek da jej znać.
- Jane, rusz się! - do uszu dziewczyny dotarł szept Renaty. Dopiero wtedy dotarło do niej, że stoi na dachu jakiegoś domu od jakiejś minuty. W sumie to się tam zatrzymali, aby wypatrzeć ofiarę. Została już tylko ona i Renata. Jane rozejrzała się i wciągnęła powietrze. Kiwnęła głową i uśmiechnęła się. Pobiegła w kierunku jednej z uliczek. O budynek opierała się kobieta. Zapach jej krwi jakby neutralizował smród. Wampirzyca podeszła i po chwili zatopiła zęby w jej szyję. Kobieta nie walczyła. Obudziła się, ale jedyne na co się zdobyła to próba wycofania się. Ale przecież opierała się o ścianę. Minutę później Jane oderwała się od zwłok.
Zadowolona wróciła do Volterry. Uśmiechnęła się na myśl o swoich towarzyszach. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie mają zamiaru na siebie czekać, więc każdy wraca kiedy skończy. Tak, zdecydowanie nie było źle.


Rozdział krótki, ale następny pewnie będzie dłuższy. Liczę na komentarze (głównie na konstruktywną krytykę, typu: gdzie ty byłaś, kiedy uczono gramatyki? Błędy: przykład, przykład, przykład).
Kolejny rozdział we wrześniu :)

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 33

Alec przytulił siostrę przeklinając w duch na tego Ramireza. Ledwo Jane jako tako oswoiła się ze śmiercią Thomasa (to znaczy nie zaczynała płakać na widok każdego kto go choć odrobinę przypominał), już płakała.
- Alec... Ten mężczyzna... ja go pamiętam - powiedziała cicho, a następnie opowiedziała wszystko. Alec nie pamiętał tego. Jednak słowa siostry opisujące tę sytuację przywróciły jemu pewne wspomnienie.

Dwójka sześcioletnich dzieci siedziała przytulona do siebie. Chłopiec głaskał dziewczynkę po włoskach, starając się ją uspokoić. Ich babcia zmarła. Rozszarpało ją zwierzę.
Do dzieci podszedł mężczyzna. Feliciano Ramirez. Dzieci przytuliły się do niego. Obiecał zabrać ich do nowego domu. 
- Dlaczego nie możemy mieszkać z tobą? - zapytał Alec jeszcze bardziej przytulając się do mężczyzny. 
- Za dużo podróżuję. Wy jesteście za mali, musicie mieć normalny dom.
Dwa dni później Feliciano oddawał  ich pod opiekę wujkowi. Zanim odszedł wziął na bok Aleca i powiedział:
- Opiekuj się siostrą. Ona cię potrzebuje. Pamiętaj o tym... - przytulił chłopczyka i odwrócił się, ale zatrzymał go głos dziecka:
- Kocham cię, tato...
- Też cię kocham - powiedział, ale nawet się nie odwrócił. Kilka sekund później już go nie było.

- Jane, pamiętasz jak dostaliśmy się do wujka Toma? - zaczął ostrożnie, a gdy ona pokręciła przecząco głową, opowiedział jej, co sobie przypomniał. Pominął tylko ostatnie dwa zdania tamtej rozmowy. Sam nie wiedział co o tym myśleć. "Tato"? Przecież to niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Nagle uświadomił coś sobie. Aro. On najwyraźniej bardzo nie lubił Ramireza, a skoro oni mieli być jego dziećmi...
Nie, nic im nie zrobi, w końcu są wampirami. Są piekielnymi bliźniakami. Są mu zbyt potrzebni. Prawda?
Jane i Alec nie mieli ochoty wracać. W lesie było spokojnie i byli tu sami. Alec usiadł i oparł się plecami o drzewo. Jane za to oparła głowę na jego klatce. Leżeli tak bez ruchu, ktoś mógłby pomyśleć, że śpią. Jednak po kilku godzinach musieli wstać i wrócić do Volterry.
Kiedy tylko pojawili się w zasięgu wzroku/słuchu innych wampirów, zostali powiadomieni, że Aro jest wściekły i, że lepiej się do niego nie zbliżać.
Jane weszła do swojego pokoju i sięgnęła po książkę. Jednak nie mogła się skupić na tekście. Westchnęła. Minął już prawie miesiąc, a ona ciągle myślała  o Feliciano. Był przyjacielem ich mamy. Był przy nich, kiedy przenosili się do wujka Toma. A oni tak po prostu o tym zapomnieli. Nie była w stanie w to uwierzyć.
Położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Marzyła, by usnąć.
Usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem zarejestrowała, że słońce jest już wysoko. Było koło południa. Westchnęła i powiedziała "Proszę!". Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Demetri. Blondynka uśmiechnęła się na jego widok.
- Hej! Co tam? - zapytał niepewnie, a dobry nastrój dziewczyny uleciał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dem przyszedł wybadać, jak Jane się czuje. Gdyby nie te wydarzenia, pewnie nie przyszedłby.
- Nic... musiałam pomyśleć.
- Ale... czujesz się już lepiej? - zapytał, a Jane kiwnęła głową. Demetri uśmiechnął się i otworzył usta. Kilka minut później Jane szła do pokoju brata. Bała się tego, co może tam zastać. Ostatnio, kiedy Alec przegrał zakład musiał przez cały dzień nosić suknie. Ciekawe co tym razem. Otworzyła drzwi i zobaczyła, że Alec siedzi na łóżku, nic nie robi, nie wygląda dziwnie ani nic. Zaczęła się martwić.
- Przegrałeś zakład, tak? - zapytała, a on kiwnął głową. - I co masz zrobić?
Alec wymamrotał coś tak cicho i szybko, że nawet go nie usłyszała.
- Wolniej i głośniej. Co masz zrobić? - zapytała ponownie. Alec wziął głęboki wdech a potem powiedział:
- Mam cię przekonać - zaczął, a Jane zaczęła się naprawdę bać - żebyś poszła na randkę z Feliksem.
Do blondynki wszystko doszło z sekundowym opóźnieniem.
- Musiałeś być bardzo pewny wygranej - wydusiła w końcu, a Alec spojrzał na nią z nadzieją. - Ale ja nie pójdę na randkę z Feliksem. Dobrze o tym wiesz.
- Jeśli nie pójdziesz z nim na randkę, ja będę musiał zaprosić Marka - powiedział cicho Alec, a Jane zaczęła się śmiać jak opętana.
- Mi... miłej... ra... randki - powiedziała po dobre minucie śmiechu i wyszła z pokoju. Pod drzwiami stali Feliks i Demetri. Zataczali się ze śmiechu.
- Naprawdę każecie mu zaprosić Marka? - zapytała, a kiedy oni pokiwali głowami również zaczęła się śmiać.
Jane z uśmiechem na ustach wróciła do swojego pokoju. Naprawdę miała dobry humor... ale nie mogła zrobić tego swojemu bratu, prawda? Chociaż... Z tego co słyszała Alec nie miał zapraszać Marka publicznie. Tak więc... Jane po raz kolejny wybuchła śmiechem. Tym razem dlatego, że wyobraziła sobie minę zapraszanego. Tak, zdecydowanie musiała to zobaczyć.
Następnego dnia Alec ruszył w kierunki Wielkiej Sali. Siostra obiecała mu, że będzie miał odrobinę prywatności. Kiedy wszedł do sali zobaczył siedzącego na tronie Marka. Gdyby mógł chłopiec zarumieniłby się. Właściwie, to wolałby, żeby musiał zaprosić Aro. Ten przecież i tak o wszystkim wie, a tak...
Jane, Demetri i Feliks uważnie obserwowali poczynania Aleca. Nie byli w w sali razem z nim, ale sufit tego pomieszczenia nowy nie był. Było za to kilka szczelin na tyle dużych, że z pomieszczenia nad salą dało się wszystko oglądać. Właściwie tamto pomieszczenie było wyłączone z użytku, ponieważ mogło się w każdej chwili zawalić, ale w tamtej chwili nie przejmowali się tym.
Alec stał z dziesięć metrów od Marka, który uważnie się przyglądał chłopcu.
- Panie, ja... bo chodzi o to, że ja chciałbym... - jąkał się Alec nie wiedząc co powiedzieć. Gdyby był człowiekiem, mógłby powiedzieć na kolację, ale tak? Chłopak wziął głęboki oddech i powiedział szybko. - Ja chciałem zaprosić cię na randkę.
Śmiech Jane, Dema i Faliksa odbił się echem po całej sali. Alec wykorzystał zdziwienie Marka, żeby zwiać,  i postanowił sobie nigdy więcej nie zakładać się z Feliksem.



Rozdział króciutki, ale dostaliście Aleca zapraszającego Marka na randkę. Ja wiem, że w tysiąc sto którymś mogło wyglądać to inaczej, ale... wyobraźcie sobie minę Marka :)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział 32

Rodzeństwo spojrzało niepewnie na mężczyznę. Wyglądał znajomo. Miał jakieś trzydzieści parę lat, rude włosy, jasną karnację... intensywnie zielone oczy. Tak bardzo znajome oczy.
Alec uświadomił sobie, że nie oddycha. Wziął głęboki wdech i w jednej chwili poczuł ogromne pragnienie. Krew mężczyzny pachniała tak niesamowicie pociągająco. 
Jane ścisnęła jego dłoń i dopiero wtedy uświadomił sobie, że podszedł do mężczyzny.
- Tak, to my - powiedziała dziewczyna. - Czego od nas chcesz?
- Tak w sumie to nie wiem. Jedyne co pamiętam, to wasze imiona i nazwisko. 
Alec spojrzał niepewnie na siostrę. Od razu zauważył, że Jane również zareagowała na krew mężczyzny.
- Kim jesteś? - zapytała blondynka.
- Przecież powiedziałem, że jedyne co pamiętam, to wy. No i moje imię.
- Ale... jak w takim razie nas znalazłeś? I dlaczego używasz tego nazwiska? Od bardzo dawna go nie używamy - Alec spojrzał z wyczekiwaniem na mężczyznę.
- Szukam was od kilku miesięcy. Ja... zrozumiałem, że musiał was ktoś przemienić i pomyślałem, że...
- Zrozumiałeś? - Jane i Alec zadali to pytanie jednocześnie, uważnie przyglądając się mężczyźnie.
- Ja... to skomplikowane.
- Mamy czas. Wyjaśnij wszystko - Jane mówiła spokojnie, ale Alec zauważył delikatnie zawahanie w jej głosie.
- Nie potrafię. Posłuchajcie. Obudziłem się cztery miesiące temu w jakimś opuszczonym domu. Migały mi jakieś twarze, ale nie potrafiłem niczego dopasować. Kiedy przypomniałem sobie wasze nazwisko... myślałem, że może wy będziecie wiedzieć coś o mnie.
- No dobra. Ale skąd wiedziałeś, że jesteśmy wampirami?
- Na początku nie wiedziałem. Ale... jakiś miesiąc temu wpadłem na grupkę wampirów oni opowiadali o piekielnych bliźniakach... czy jakoś tak - mężczyzna spojrzał niepewnie na Jane.
- Więc stwierdziłeś, że to my?
- Nie od razu. Upewniłem się... to znaczy na tyle na ile mogłem. A potem ruszyłem tu.
Alec otwierał usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale Jane pokręciła głową. Alec westchnął i powiedział:
- Dobrze. Sprawdzimy czy mówisz prawdę.
- Jak?
- Zobaczysz - Jane ucięła rozmowę i otworzyła drzwi. - Proszę za mną.
Feliciano chodził wolno. Rodzeństwo naprawdę nie lubiło, gdy ktoś się wlókł. Ale to był człowiek. Tylko, w takim razie, skąd mógłby znać ich stare nazwisko? Nie używali go od ponad stu lat. Dlatego postanowili zabrać go do Aro. Tylko on mógł potwierdzić, że Feliciano mówił prawdę. Jane zerknęła na mężczyznę. Kogoś jej przypominał... ale nie wiedziała kogo. To wspomnienie było wyblakłe, jakby za mgłą. Może Aro będzie mógł pomóc.
Aro, Marek i Kajusz najwidoczniej już na nich czekali. Jane nie zdziwiła się. W końcu ktoś musiał zauważyć, że prowadzą człowieka. Aż dziwne, że nikt go nie zaatakował. Alec ukłonił się, a następnie opowiedział o mężczyźnie. Feliciano wolałby to chyba zrobić sam, ale jedno spojrzenie na Trójcę i zmienił zdanie.
Aro doszedł do takiego samego wniosku jak rodzeństwo. Wstał i wyciągnął rękę do Feliciano. Mężczyzna niepewnie podszedł i podał mu dłoń. Przez chwilę tak stali, a potem odrzuciło  ich od siebie. Dosłownie. Można by odnieść wrażenie,  że coś wybuchło. Aro nie wydawał się zadowolony, a Feliciano... no cóż, on był wściekły. W jego lewej dłoni zalśnił nóż. Alec i Jane nie zwrócili uwagi na broń z tego oczywistego względu, że nie mogła im zaszkodzić. Jednak w tamtej chwili ostrze wyglądało niezwykle groźnie.
Aro nie czkał. Skoczył na Feliciano, ten jednak nic sobie z tego nie robił i po prostu się odsunął. Aro nie mógł zmienić kierunku w powietrzu, jednak kiedy tylko dotknął ziemi odwrócił się. Feliciano prawą dłonią złapał rękę Aro i wykręcił unieruchamiając wampira. Przyłożył mu sztylet do gardła. Aro nie ruszał się. Bał się. A przecież Feliciano to człowiek, którego bronią jest nóż. Niby jak zdołał tak szybko pokonać jednego z Volturi?
Kajusz, rzucił Markowi pytające spojrzenie, a kiedy ten w odpowiedzi kiwnął głową, wstał.
- Nie przybyłeś tu, aby nas zaatakować. A i my nie mamy powodu, aby atakować cię. Więc wypuść mojego brata i wyjaśnij dlaczego szukałeś Aleca i Jane.
- Oczywiście, wypuszczę tego, a zaraz zaatakujecie mnie całą trójką, albo i piątką - Feliciano rzucił szybkie spojrzenie Jane, jakby obawiał się, że zaatakuje go od tyłu.
- Masz nasze słowo, że cię nie zaatakujemy - odezwał się Marek.
- A od kiedy ty przemawiasz w imieniu wszystkich?
- Od kiedy ty przystawiłeś to piekielne ostrze do szyi mojego brata - Marek powiedział to tak spokojnie, że wręcz obojętnie. Ale Feliciano nie dał się nabrać. Uważne spojrzenie i spięte mięśnie zdradzały wszystko.
Feliciano przesunął nóż tak, by dotykał karku Aro, a następnie mocno odepchnął go w kierunku Marka. Aro podszedł do braci.
- Uwolniłem waszego brata i oczekuję, że wy dotrzymacie słowa.
- Dotrzymamy - powiedział stanowczo Marek patrząc na Aro.
- To co powiedziałem było prawdą. Naprawdę nie pamiętałem prawie nic. Jednak dar Aro wymusił moje wspomnienia. Nazywam się Feliciano Ramirez. Jestem łowcą i wiele lat temu przyjaźniłem się z matką Aleca i Jane. Nie wiem dlaczego zapamiętałem akurat ich. Ale wiem, że... spałem, to chyba najwłaściwsze słowo, kilka tygodni. Zaatakowała mnie grupa wampirów, jednak nie chcieli mnie zabić. Udało im się mnie rozbroić, a następnie zaciągnąć do ich przywódcy. Ale nie pamiętam kto to. Jestem pewien, że widziałem jego twarz, jednak tego nie jestem w stanie sobie przypomnieć - Feliciano spojrzał na nas, a następnie wzruszył ramionami - Byłem wam winny te wyjaśnienia, jednak więcej nie powiem. Teraz muszę odejść. Liczę, że się już nie spotkamy.
Feliciano uśmiechnął się delikatnie, lekko ukłonił Markowi i Kajuszowi. Obaj odpowiedzieli ukłonem.
- Jane, mogłabyś mi towarzyszyć do wyjścia? Obawiam się, że pozostałe wampiry mieszkające tu mogłyby mnie zaatakować. A naprawdę nie chcę zrobić któremuś krzywdy.
Kiwnęła głową i ruszyła za Feliciano. Kiedy dotarli do wyjścia zatrzymał się i spojrzał jej w oczy.
- Jesteś potężna, ale nie niezwyciężona. Zawsze o tym pamiętaj.
Wpatrywała się w niego ze zdziwieniem. Słyszała już te słowa. Powiedział jej je ktoś wiele lat temu. Jak była jeszcze naprawdę mała. Feliciano uśmiechnął się smutno i pobiegł w stronę lasu. Nagle sobie przypomniała.

Dwuletnia dziewczynka kurczowo trzyma rękę mamy. Nie wie co się dzieje, ale czuje, że jest to coś złego. Mama mówi spokojnie. Obiecuje niedługo wrócić, mówi dziewczynce, że ją kocha. Przytula córeczkę, a potem podchodzi do stojącego kawałek dalej chłopczyka. Kiedy go przytula szepce mu coś do ucha. Potem odchodzi. 
Do kobiety podchodzi mężczyzna, przytula ją mocno i mówi:
- Jesteś potężna, ale nie niezwyciężona. A on...
- Poradzę sobie - kobieta uśmiecha się spokojnie, a potem odchodzi. Mężczyzna podchodzi do dziewczynki, ma rude włosy, intensywnie zielone oczy i jasną karnację. Wyciąga rękę do chłopczyka, który podchodzi. Dzieci przytulają się do mężczyzny.
- Macie bardzo dzielną mamę - mówi cicho - Mam nadzieję, że odwagę odziedziczyliście po niej...

Jane rzuciła się biegiem w kierunku lasu. Była noc, wszyscy siedzieli w domach, ale dla Jane równie dobrze mógłby być dzień. Blondynka biegła tropem Feliciano, jednak kiedy tylko weszła do lasu trop się urwał. Jane po raz kolejny poczuła, że jej oczy są suche. Kajusz dopiero odzyskał przytomność, Thomas zginął, i to przez nich, a teraz Feliciano, człowiek, czy tam łowca, który znał ich mamę... który najwyraźniej był dla nich ważny, odszedł. Tak po prostu.
Jane bardziej poczuła niż zobaczyła brata. Alec musiał zauważyć, że pobiegła tropem Feliciano i postanowił ją znaleźć. Chciała mu opowiedzieć co sobie przypomniała, ale nie była w stanie wydusić słowa. Alec przytulił ją. Oboje mieli naprawdę dość.





Rozdział krótki, ale mi się podoba. Wiem, że notki dawno nie było, ale w sumie nie miałam czasu pisać. Za to teraz powinny pojawiać się raz w tygodniu. Może częściej. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze o tym blogu pamięta.