Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2016

Rozdział 38

Aro nie sprzeciwiał się. Athendora miewała dziwne nastroje, zwłaszcza po kłótniach z mężem, a próby odwiedzenia jej od swoich pomysłów nigdy nie kończyły się dobrze. Jane doskonale wiedziała, że tak będzie. Niezadowolony był tylko Kajusz. I tym razem nikt mu się nie dziwił. 
Dzień minął i zbliżała się pora wyjścia. 
- Jane? - Alec wszedł do jej pokoju, a dziewczyna uśmiechnęła się, starając się wyglądać na spokojną, ale chyba nie za bardzo jej to wychodziło. - Uda ci się. 
- Musi. Ale nie po to przyszedłeś. Wychodzimy?
Alec kiwnął głową, a Jane włożyła płaszcz i skierowała się do wyjścia. Athendora kategorycznie odmówiła przechodzenia standardowej odprawy oraz czekania na eskortę, więc kiedy tylko dała znak trzeba było ruszać. 
- Idziecie przodem, macie pilnować, żeby nie zakręcił się to nam jakiś wampir - powiedział ostro Kajusz, a rodzeństwo ukłoniło się i odbiegło. Kiedy tylko znaleźli się poza zasięgiem Renaty i Feliksa, Jane uśmiechnęła się do brata i odbiegła na północ. 
Dziewczyna po kilku godzinach stała przed pokaźnym domem, w którym miała spotkać ostatnich służących Ameriga. W głowie ciągle dudniły jej rady od Kajusza i Marka, którymi była zasypywana przez prawie całą drogę. Dopiero kiedy była już blisko dali jej spokój. 
Jane zapukała do drzwi i po chwili otworzył jej postawny mężczyzna.
- Witam - zaczęła Jane. - Szukam...
- Tak, tak. Wiemy. Zapraszam, ale ostrzegam: jeśli twoje zachowanie wzbudzi nasze podejrzenia zabijemy cię. 
Jane kiwnęła głową. Najwyraźniej znalazła łowców. 
Mężczyzna zaprowadził ją do dużego gabinetu w którym zobaczyła drobną kobietę. 
- Przyszłaś sama? 
- Tak. Ja potrzebuję waszej pomocy - powiedziała Jane.
- Od stuleci żaden wampir nie zwracał się do nas o pomoc. To musi być wyjątkowa sytuacja. - Kobieta uśmiechnęła się do Jane. - Już samą dociekliwością mnie zaciekawiłaś. Dlatego cię wysłucham, ale nie gwarantuję, że pomogę.
Kobieta wydawała się delikatna, ale Jane czuła bijącą od niej siłę. 
- Pewnie już wiesz, że przybywam z Volterry - zaczęła Jane i usłyszała gwałtownie wciągnięte powietrze zza drzwi, kobieta jednak kiwnęła tylko głową. - Jeden z strażników, Santiago, on... coś się w nim zmieniło... - Jane spróbowała oczyścić umysł, przypomnieć sobie, ale nie była w stanie. - Kłopot w tym, że ja, tak jak praktycznie każdy, zapominam. Potrzebuję chwili...
Wiedziała, że to nie powinno na nią działać. Spędziła całe noce próbując to zablokować, ale wszystko przynosiło wręcz odwrotny skutek. Z każdą próbą trudniej było jej zapamiętać. 
- To musi być coś niezwykłego, skoro wampir zapomina - powiedziała kobieta, najwyraźniej coraz bardziej zaciekawiona. 
- Kajusz! Santiago, co z nim? - Jane przebiła się telepatycznie do mężczyzny. Było to dziwnie trudne, ale uznała, że to wina odległości. A przynajmniej myślała tak do chwili, gdy zobaczyła zdziwienie i strach w oczach kobiety. 
- Z tego co wiem, twoim darem nie jest telepatia - powiedziała, wstając i podchodząc do Jane. 
- Szare oczy - odpowiedział Kajusz, najwyraźniej już po konsultacji z Alecem. 
- W tym domu nie dział żaden dar, któremu działać nie pozwolę. - Kobieta wskazała dłonią drzwi, a do Jane przestały dochodzić odgłosy z reszty domu. - I to nie jedyna moja umiejętność. Jakim cudem to przełamałaś?
- Ja... - Jane nie wiedziała co powiedzieć. Nie była przygotowana na to, że ktoś mógłby odkryć co potrafi. Kobieta jednak pokręciła głową i uśmiechnęła się. Znowu była spokojna.
- Jednak mimo tego potrzebujesz mojej pomocy. Spokojnie, możesz to ukrywać, ale nie próbuj mnie okłamywać. Wolę, żebyś odmowę odpowiedzi, niż kłamstwo. Mam nadzieję, że się rozumiemy.
- Tak. Nie miałam zamiaru pani okłamywać, są jednak rzeczy o których mówić nie mogę - powiedziała Jane, dokładnie powtarzając to, co podyktował jej Marek.
- Chciałabym również, abyś to ty ze mną rozmawiała - stwierdziła spokojnie kobieta, a Jane kiwnęła głową.
- Przeproś ją - podpowiedział Marek, a kobieta spojrzała ostro na Jane.
- Czy tajemnicą jest, z jakimi osobami rozmawiasz? - zapytała, a Jane przez chwilę się nie odzywała. Marek i Kajusz również milczeli. Wręcz nienawidziła kiedy zostawiali jej takie decyzje.
- Chyba nie...
- Nikt nas nie słyszy, a tak jak nikt nie ma dostępu do mojego umysłu.
- Marek i Kajusz Volturi.
Kobieta gwałtownie się wyprostowała, a Jane instynktownie się cofnęła. Siła bijąca od kobiety nagle wzrosła.
- To oni cię tu przysłali? Trójca? Trzeba było zachować to dla siebie. Nigdy nie uwierzę, że Aro zgodził się, aby zwrócić się o pomoc do łowców.
W oczach kobiety Jane zobaczyła taką wściekłość, że w jednej chwili zdała sobie sprawę, że może nie wyjść z tego cało.
- Aro nic nie wie. Zapominał o wszystkim już po kilku sekundach. Marek i Kajusz... im udaje się o tym pamiętać, jeśli się zbytnio nie rozpraszają. Ja najczęściej pamiętam, ale również na mnie to oddziałuje. Tylko mój brat pamięta o tym doskonale przez cały czas.
Kobieta uważnie przyjrzała się Jane, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
- Dlaczego przyszłaś z tym do łowców? - zapytała kobieta. - Przecież jest wiele bardzo starych wampirów, które mogłyby wiedzieć nawet więcej niż my.
- Ja... przyjaciel mojej mamy był łowcą. I matka Thomasa. To po tym tropie tu dotarłam.
Kobieta wydawała się spokojna, tylko jej oczy zdradzały szok i zdenerwowanie.
- Jak nazywał się ten przyjaciel?
- Feliciano Ramirez. Przez jakiś czas był w czymś w rodzaju śpiączki, bo jakiś czas temu pojawił się w Volterze szukając nas. On nic nie pamiętał, ale dar Aro...
- Uwolnił jego wspomnienia - dokończyła kobieta. - Teraz rozumiem...
- Co pani rozumie? - zdziwiła się Jane.
- Naszym obowiązkiem jest ci pomóc - powiedziała, patrząc Jane w oczy. - Nikt się temu nie sprzeciwi, ale ty nie masz wiele czasu. Opowiedz mi wszystko, a ja dopilnuję, byś dostała wszystko czego potrzebujesz.
- Dziękuję.
Jane opowiedziała o Santiago, odpowiadała na pytania, czasem pomagali jej Marek i Kajusz, a kobieta nie sprzeciwiała się. W końcu wszystko na ten temat zostało powiedziane.
- Dlaczego nie rozmawiałaś ze swym bratem? - zapytała kobieta, kiedy Jane miała już wychodzić.
- On... on nie wie, że to potrafię.
- Ile lat mieliście w chwili przemiany?
- Dwanaście.
- A więc minęło ponad sto lat. Posłuchaj mnie, jesteś bardzo silna. Twoja rodzina zdobywała tę siłę przez całe pokolenia. To co ci powiem, może wydać ci się dziwne, ale nie powinnaś urodzić się w tej rodzinie. Musisz ćwiczyć i uważać, bo niektóre zdolności będą rozwijać się w tempie za szybkim dla twojego ciała i możliwości.
- Jak to?
- Wiem kim jesteś. Wiedziałam od samego początku, od kiedy twoi rodzice przyszli do mnie, oznajmiając, że są zaręczeni. Próbowałam ich od tego odwieść, zatrzymać zanim będzie za późno. Ale byli uparci. A kiedy twoja matka zginęła, a ojciec zaginął zajęła się wami wasza babcia. Też była uparta. Twierdziła, że nie powinnaś wychowywać się wśród łowców. No i zostałaś wampirzycą.
W głowie Jane huczało. Kim była ta kobieta? Znała jej rodziców, którzy od ponad stulecia byli martwi. I wiedziała kim jest Jane. A przynajmniej tak twierdziła... Jane coś nie pasowało. Jeszcze raz przeanalizowała słowa kobiety.
- Jak to zaginął? Moi rodzice nie zginęli razem?
Teraz to kobieta wydawała się zaskoczona.
- Przecież był u was. Podał wam panieńskie nazwisko waszej matki... nie pytaj, nie wiem czemu.
Wszystko zaczęło się układać. To wyjaśniało, dlaczego akurat ich zapamiętał... ale czemu nic nie powiedział? Czemu odszedł? I skąd ta kobieta tak dużo wiedziała?
- Kim jesteś? Skąd masz wiadomości o mojej rodzinie?
- Czy to nie oczywiste? Przecież byli łowcami...
- Przyszli do pani, zawiadamiając, że są zaręczeni. Dlaczego? - zapytała Jane, kiedy już się opanowała.
- Bo Feliciano to mój syn.
Przez chwilę Jane nie była w stanie się odezwać. Próbowała zebrać myśli. Kobieta wyglądała na starszą, ale na pewno nie na aż tak starą. Była człowiekiem - łowcą, a oni nie żyli aż tak długo. Dłużej niż zwykli ludzie, ale nie aż tak...
- Kiedy nie wróciliście z wycieczki twój wujek przyszedł do mnie. Szukałam was, a kiedy dowiedziałam się, że zostaliście zmienieni... zostawiłam. Miałam nadzieję, że to jednak nie ty, że jednak urodziłaś się gdzie indziej, a moje wnuki to zwykli ludzie... wampiry - poprawiła się, uśmiechając się delikatnie. - Ale dzisiaj bez najmniejszego problemu wykorzystałaś dar, którego nie masz, oraz przebiłaś się przez moją zaporę. A więc nie mam już wątpliwości.
Jane bardzo powoli analizowała słowa kobiety. Wszystko co mówiła miało sens, ale czy mogła jej wierzyć?
- Nie mogę ci udowodnić, że mówię prawdę - powiedziała kobieta. - Będę żyła jeszcze wiele lat, więc jeśli będziesz chciała, to mnie odwiedź. Ale prywatnie. Tymczasem musimy już kończyć. Skoro Aro nie wie o twoich odwiedzinach...
Kilka minut później Jane biegła przez las, cały czas odpychając Kajusza i Marka, którzy uparcie próbowali z nią rozmawiać. Musiała pomyśleć.
Z jednej strony kobieta była łowcą, to wszystko to mogła być pułapką. Jane doskonale pamiętała, jak szybko i sprawnie kobieta ukrywała uczucia i pokazywała to, co chciała. Z drugiej Jane i Alec mieli jej oczy. Feliciano też. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć? Byli do niego tak podobni...
- Jane! Dowiedziałaś się czegoś? - zapytał Marek, jak tylko udało mu się utrzymać połączenie.
- Niewiele, ale tamta łowczyni obiecała zebrać informacje i pomóc. 
- Kiedy?
- Nie wiem.
Jane przerwała połączenie. Wiedziała, że może sobie na to pozwolić, bo i tak nie byliby w stanie nic już zrobić. A musiała przygotować się na rozmowę z bratem. Tego nie miała zamiaru przed nim ukrywać.
W końcu dotarła w pobliże Volterry i już po chwili usłyszała Aleca. Pobiegła do niego.
- I co? Udało się? - zapytał, podchodząc do siostry.
- Chyba tak. Podobno mamy otrzymać pomoc. Ale...
- Co się stało? - Alec przytulił Jane, a ona wtuliła się w niego.
- Musimy porozmawiać - powiedziała tylko.


Dziękuję Unknown za komentarz. To naprawdę coś wspaniałego - mieć świadomość, że ktoś to jeszcze czyta. 

niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 37 ALEC


Czy rozumiał coś z tego? Nie. I nie chodziło nawet o oczy Santiago, czy o to, że wszyscy zapominali. Chodziło o coś całkiem innego.
- Alec pamięta wszystko - powiedziała Jane otwierając drzwi do komnaty Marka. Weszła, jak do siebie i podeszła do biblioteczki. - Będzie nam łatwiej coś znaleźć.
- Alec? - Marek spojrzał na niego z ciekawością. - Więc co dokładnie pamiętasz?
- Santiago ma szare oczy, ale... - zaczął, jednak Mark mu przerwał.
- Nie powinieneś o tym pamiętać. Nie wiemy co to, ale nikt tego nie pamięta. Zwłaszcza tego szczegółu...
- Ja pamiętam - powiedział Alec, a Jane w tym momencie podała Markowi księgę. - Skoro znamy jakiś szczegół, może poszukajmy czegoś, panie.
Marek uważnie kartkował księgę, co chwila się przy czymś zatrzymując.
- Oczy - podpowiedziała dość niepewnie Jane, zerkając na Aleca. Marek kiwnął głową i szukał dalej.
Cała sytuacja wydawała się Alecowi irracjonalna.
- Prawdopodobnie nawet jeśli znajdziemy co to jest, to reszta i tak nie będzie miała o niczym pojęcia. I chyba to nawet lepiej - powiedział w końcu Marek i odłożył księgę. - Nic tam nie ma. Są co prawda zioła, których opary są w stanie doprowadzić do tego, że wampiry zapominają o jakichś ważnych szczegółach, czy wydarzeniach, ale nic co by tłumaczyło te oczy.
Chwilę później Alec i Jane wyszli. 
- Od kiedy nad tym pracujecie? - zapytał, kiedy weszli do jego komnaty.
- Wczoraj rano zauważyłam i... i poszłam do Trójcy. Aro tak szybko zapomniał, większość szybko zapominała. W końcu stwierdziliśmy, że musimy się zająć tym sami.
- Dlaczego nie powiedzieliście mi?
- Kajusz nalegał, żeby zacząć od Eleazara, Renaty i Feliksa. Obaj uparli się, że mówienia tobie to strata czasu.
- Dlaczego? - zapytał, a Jane zmieszała się, jakby nie spodziewała się tego pytania.
- Nie wiem. Ja... nie pytałam...
Alec spojrzał uważnie na siostrę. Wydawał się taka smutna. I trochę przestraszona.
- Powinnaś przyjść z tym do mnie. Pomógłbym ci.
- Wiem, ale byliśmy zajęci. Marek i Kajusz szukali czegoś w księgach, wypytywali Eleazara, czy nie wyczuł w pobliżu wampira z darem, a ja... Ja szukałam poza miastem. I musieliśmy uważać, żeby Santiago się nie zorientował. Posłuchaj, naprawdę chciałam ci o wszystkim opowiedzieć...
Przytulił ją. Nie do końca wierzył siostrze, ale nie miał zamiaru jej tego pokazywać. Nie kiedy go potrzebowała. Bo akurat w to nie wątpił.
- Dziękuję. Musimy się dowiedzieć co się dzieje. I teraz, kiedy wiesz o wszystkim, to... wiem, że się uda. Musi.
- Czego dokładnie szukałaś poza miastem? Może mógłbym jakoś pomóc.
- Ja... pomyślałam, że może... - Jane wyglądała na zmieszaną. - Pomyślałam, że może łowcy mogliby coś wiedzieć. Chciałam dowiedzieć się, gdzie przeniósł się Amerigo...
- Sądzisz, że jego żona rozmawiałaby z tobą? - zapytał Alec. Nie wierzył w to i nie sądził, że Jane powinna robić coś tak niebezpiecznego, zwłaszcza sama.
- Amerigo mógłby ją przekonać... chyba.
- Chyba? Jane, ona cię zaatakuje, jeśli użyjesz daru, Amerigo cię znienawidzi i nic nie zdziałasz, jeśli nie użyjesz, zginiesz zanim powiesz choć słowo.
- Nie jestem głupia! - warknęła Jane. - Ulver się do nich przyłączyli.
- Wilkołaki?
- Zostali prawie sami zmiennokształtni. Między innymi Ana. Jestem pewna, że nasze hasło ciągle jest aktualne, oraz, że zostało przekazane łowcom.
- Więc uważasz, że masz szansę?
- A masz lepszy pomysł? Amerigo z żoną wyniósł się niedługo po śmierci Thomasa. Przyjadą dopiero na rocznicę, czyli za pół roku. Wolałam nie ryzykować spotkania z innymi łowcami, ale jeśli nie dowiem się, gdzie teraz są... będę musiała spróbować.
- Jak ich szukałaś?
- Zostawili służbę. Przed wyjazdem każdemu znaleźli pracę u swoich znajomych, większości całkiem niedaleko, ale dwie osoby wyjechały za nimi. Nawet nam droga w jedną stronę zajmie pół nocy.
- Czy Athendora wie o wszystkim? - zapytał Alec wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
- Udało jej się pamiętać przez trzy godziny, ale Kajusz nie chciał jej w to mieszać. O czym myślisz?
- Mogłaby pójść na polowanie. Wiem, że ani ona, ani Sulpicia nie wychodzą, ale jeśli się uprze, to jej nie odmówią.
- Kajusz nie zgodzi się, żeby tak zaryzykować.
- Ależ ona wcale nie będzie ryzykować. Pójdziemy większą grupą. Athendora każe nam ruszyć przodem i rozeznać teren. Wyjdziemy kilka godzin przed zmierzchem, żeby wrócić rano.
- Nawet gdyby się zgodziła, jeśli zapomni, to będzie źle.
- Najpierw spróbujmy ją przekonać, jeśli Marek i Kajusz pójdą z nią, będą mogli jej przypominać.
- Zapytać nie zaszkodzi.
Chwilę później wyszli z komnaty Aleca. Spokojnie przeszli do skrzydła trójcy.
Kiedy Jane przedstawiła Kajuszowi i Markowi pomysł Aleca, nie spotkał się on z pozytywnym przyjęciem. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Jane, Kajusz i Marek wyglądali, jakby toczyli bitwę na spojrzenia. Alec miał wrażenie, że nie zauważył jakiejś kłótni.
- To niebezpieczne. Athendora nie ma żadnego daru - powiedział w końcu Kajusz.
- Będzie z nią Renata, Demetri, Eleazar i kogo jeszcze sobie wybierze. Oraz my pójdziemy - powiedział Marek a Alec prawie się uśmiechnął. Kajusz miewał inne zdanie, ale nie sprzeciwiał się bratu. Zwłaszcza w trudnych decyzjach.
- Athendora musi sama się zgodzić. A ja nie będę jej przekonywał. - Kajusz, zgodnie z przewidywaniami Aleca, nie sprzeciwi się.
- Ani odwodził - dodał Marek
- Zgoda. Powinna być w naszej komnacie. Chodźmy.
Alecowi prawie zrobiło się żal Kajusza. Nie dziwił się, że nie chciał ryzykować życiem własnej żony, ale nie mieli wyboru. Santiago nie mógł nic podejrzewać. Co prawda wyjście Athendory nie było normalne, ale czasami, po większej kłótni z Kajuszem żądała czegoś niezwykłego z ramach przeprosin. Wspólne polowanie pasowało idealnie.
Athendora miała na sobie zieloną suknię, czarne włosy związała na karku. Z uśmiechem spojrzała na męża i towarzyszące mu wampiry.
- Spędzaliście tyle czasu w komnacie Marka, że zaczęłam się zastanawiać, kiedy poprosicie mnie o pomoc.
Kajusz skrzywił się, a Athendora zaśmiała się.
- Owszem, potrzebujemy twojej pomocy - powiedział Marek i opowiedział o Santiago.
- Opowiadaliście mi już o nim. Zapomniałam tak jak wszyscy inni - powiedziała Athendora spokojnie. - Domyślam się, że nadal nie wiecie, co to powoduje. Macie jakiś trop, ale poza Volterrą. Potrzebujecie czasu, ale nie możecie po prostu powiedzieć Aro, że nie będzie was dzień, czy dwa, ponieważ nie chcecie zwracać uwagi Santiago. Jeśli ktoś mu to zrobił, to na pewno jest niebezpieczny. A więc potrzebujecie kobiety, której wspomnień Aro nie ma prawa przejrzeć, aby nie wzbudzić podejrzeń.
- Chcemy, byś udała się na polowanie. Rzecz jasna z eskortą. Jane i Alec w tym czasie pobiegną dowiedzieć się, gdzie aktualnie przebywają łowcy, którzy mogą być w posiadaniu informacji o takim wampirze.
- Bądź wilkołaku. Nie zapominajmy, że nie bez powodu są naszymi wrogami. Po przemianie u nich także pojawiają się dary.
- Aktywne w czasie pełni, związane z żywiołami - powiedział Marek, najwyraźniej wykluczając taką możliwość.
- Nie zawsze. Wilkołaki z urodzenia, te w pełni śmiertelne, posiadają również inne dary, działające każdej nocy. Jeśli są ze starego rodu, czasem ich dary działają również w dzień.
- Nie wiedziałem, że wiesz tyle o wilkołakach - powiedział Marek, najwyraźniej nie do końca przekonany o prawdziwości tych informacji.
- Jestem od was starsza, teraz spędzam całe dnie w tym skrzydle, ale kiedyś sama o siebie dbałam. Ciężkie czasy skutkują sojuszami zaciekłych wrogów. Dowiedziałam się wiele o wilkołakach i przysięgłam nie zdradzać tego, jeśli nie będzie uzasadnionego podejrzenia, że zagrażają mi i mojej rodzinie.
- Teraz jest takie podejrzenie?
- Tak. Wilkołak, który przez lata ze mną współpracował, w czasie pełni był w stanie wprowadzać ludzi, wampiry i wilkołaki w taki właśnie stan. Odwracać ich uwagę od jakiegoś szczegółu. Jego potomek byłby w stanie kontrolować to nawet w ciągu dnia.
- Skąd ta pewność? I dlaczego nie powiedziałaś wcześniej?
- Bo jego córka była człowiekiem. Została poczęta przed jego przemianą. Nie została przemieniona, chciała pozostać człowiekiem. Temudżyn się zgodził, zresztą, miał na głowie wojnę i córka - człowiek była znacznie bezpieczniejsza, niż gdyby została przemieniona. Jego władca nie pozwoliłby jej się ukrywać. Zostałaby przeszkolona i walczyłaby. Jednak sprawdziłam prawdopodobieństwo rozwinięcia się daru do dzisiaj. Gdyby dziecko, albo wnuk Yesugen został zmieniony, to teraz dar byłby odpowiednio silny.
- Równie dobrze taki dar mógłby mieć wampir.
- Nie. Dary się nie powtarzają. U wilkołaków rozwijają się z pokolenia na pokolenia, dlatego żaden wampir nie dostałby takiego...
Athendora nagle przerwała i otworzyła szufladę biurka. Wyciągnęła zapisane kartki i uważnie przejrzała. Przez kilka minut ignorowała pytania Marka i Kajusza, a następnie oderwała wzrok od notatek i spojrzała na nich.
- Opowiedzcie mi co się stało.
Marek kiwnął głową i ponownie opowiedział o Santiago.
- Jeśli żadne z dzieci Yesugen nie zostało wilkołakiem istnieje szansa, że Temudżyn, umierając, nie mógł zapewnić jej ochrony sfory. Wysłałby wtedy ją za mną, ponieważ byłam mu winna przysługę. Byłam jednak pewna, że syn Yesugen został zmieniony, gdy tylko wszedł w dorosłość. - Athendora po kolei spoglądała w oczy każdego z nich. - Musicie mi przysiąc, ze to nie opuści tego pokoju. Jeśli to zrobicie, to dar, który mnie zobowiązał, uniemożliwi Aro odkrycie tego.
- Przysięgam - powiedziała Jane, a po chwili powtórzył Alec. Marek i Kajusz również przysięgli.
- To chroni tylko przed wymuszeniem tej tajemnicy. Z własnej woli możecie powiedzieć o tym każdemu. Rano wyrażę chęć wybrania się na polowanie. Pójdę ja, mój mąż, Renata i Feliks. Oraz oczywiście wy - dodała, uśmiechając się do Jane i Aleca. - Demetri, Eleazar i ty, Marku, musicie zostać z Aro i Santiago. Eleazar niech uważnie obserwuje i daje wam znać o każdym darze, jaki wyczuje. Dodatkowo Alec musi zostać z nami. Do łowców Jane pójdzie sama. Jeśli zostaniemy zaatakowani przez sforę nie poradzimy sobie bez daru Aleca. A poza tym Jane zna zmiennokształtną, z której sforą zawarliśmy pakt.
- Nie zostawię Jane - powiedział Alec.
- Nie dziwię ci się, ale sama będzie bezpieczniejsza. Jeśli chcesz rozmawiać z łowcami najlepiej iść samemu. My idziemy do nich, muszą czuć się silniejsi.
- Ale nie wiem, czy od razu znajdę łowców. Nawiązuję tylko kontakt ze służbą.
- Sama w to nie wierzysz. Tej nocy albo znajdziesz łowców, albo stracisz swoją szansę.
Wychodząc z komnaty zarówno Alec, jak i Jane nie byli w dobrych nastrojach.
- Ma rację. Muszę iść sama - powiedziała Jane, gdy zamknęła drzwi do swojej komnaty.
- Wiem o tym, ale to nie sprawia, że czuję się lepiej. Jesteś moją siostrą, powinienem być przy tobie.
Jane przytuliła się do Aleca.
- Też wolałabym, żebyś poszedł ze mną, ale nie możemy ryzykować. Athendora... no cóż, nie mogę się z nią nie zgodzić.


Wróciłam. Dokończę tę historię, jednak nie obiecuję, że rozdziały będą pojawiały się często, czy w równych odstępach czasu. Ale będą. Obiecuję. 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 36 ALEC

Hej! Wróciłam z nową porcją weny i milionem pomysłów. Jedynym problemem jest brak komputera, który jakieś dwa miesiące temu postanowił przestać działać. Tak więc rozdziały nie będą pojawiały się tak często, jakbym chciała.

Rozdział 36

Jane znowu nie było w pokoju. Nie zdziwiło go to zbytnio. Ostatnio pokochała las i spędzała tam chyba każdą wolną chwilę. Jednak teraz był to niewielki problem. Trójca chciała ich widzieć. Miało to związek z tym co Aro zobaczył we wspomnieniach Aleca. Najdziwniejsze w tym wszzystkim było to, że gdy to oglądał, obaj musieli naprawdę bardzo skupić się na tym wspomnieniu, by Aro zdołał dostrzec szare oczy. Postanowili wezwać Santiago, jednak dla bezpieczeństwa uznali, że będzie lepiej, jeśli pojawi się Jane. Ale ona, rzecz jasna, musiała zniknąć. Westchnął i pobiegł do lasu. Nie był wybitnym tropicielem, jednak bez trudu odnalazł trop siostry. Znalazł ją tym szybciej, że ona zmierzała w kierunku zamku.
- Coś się stało? - zapytała, gdy tylko go zobaczyła, a Alec uważnie się jej przyjrzał. Pierwszy raz od miesięcy widział ją biegnącą z lasu. Do, to i owszem, ale nigdy z. I to pytanie. Ona wiedziała, że coś się stało.
- Chyba tak, ale lepiej będzie jak wyjaśnię ci to wszystko... gdzie indziej. - Skoro Jane nie chciała mu powiedzieć, on nie będzie naciskał. Miała prawo mieć sekrety, którymi nie chciała dzielić się nawet z bratem.
Biegiem ruszyli do sali tronowej. Jene nawet nie spojrzała na brata przez całą drogę. Wprawdzie było to tylko kilka sekund, ale on czuł się dziwnie.
- Jane, czy widziałaś ostatnio Santiago? - zapytał Aro, kiedy tylko weszli. Jane ukłoniła się, po czym zmarszyczyła brwi.
- Santiago, panie? Wczoraj rano przyszedł do mnie pożyczyć książkę. Czy coś z nim się stało?
- Czy coś cię w nim zdziwiło?
- Nie... - nagle Jane przerwała. Zmarszczyła brwi i spojrzała na Aro, potem na Kajusza, na końcu przez chwilę zatrzymała wzrok na Marku. - Tak. Nie wiem jakim cudem mogło mi to wylecieć z głowy. Nie mam pojęcia dlaczego, zachowywał się całkiem noramlnie, ale coś mi nie pasowało w jego twarzy.
- Ma szare oczy - powiedział w końcu Aro uważnie patrząc na Jane.
- Niemożliwe. Zauważyłabym...
- No właśnie nikt nie zauważył. Tylko Alec. - Gdyby nie to, że słowa te wypowiedział Marek, Alec mógłby przysiąc, że usłyszał w tym tonie naganę. Jednak Marek mówił tylko takim tonem.
Aro westchnął i rozkazał przyprowadzić Santiago.
Jane patrzyła przed siebie. Szli powoli i Alec zaczynał czuć się niezręcznie. Miał wrażenie, że Jane się na niego obraziła.
Kiedy zapukali do drzwi, Santiago otworzył niemal natychmiast.
- Tak?
- Aro, Kajusz i Marek chcą cię widzieć - powiedziała spokojnie Jane, uśmiechając się delikatnie. Gdyby nie był świadkiem, jak kilka chwil wcześniej Aro wyjaśnia jej wszytko co wiedzieli, stwierdziłby, że nie ma o niczym pojęcia.
- A więc coś się szykuje? To dobrze, zaczynałem się już nudzić.
Santiago ruszył przodem, nie czekając na nikogo. Alec poszedł za nim, a Jane nie ruszyła się z miejsca.
- Jane, idziesz? - zapytał, a zamiast odpowiedzi otrzymał uśmiech. Jane podbiegła do niego i szli ramię w ramię. Widział, że coś jest nie w porządku, miał ochotę zapytać co się dzieje, ale odpuścił. Mieli coś do zrobienia, prywatne rozmowy musiały poczekać.
Alec miał wrażenie, że nie zbliżają się do celu. Wprawdzie szli powoli, jednak nie przypominał sobie, by przejście od pokoju Santiago do sali tronowej, kiedykolwiek zajmowało tyle czasu. Zerknął na Jane, jednak nie wyglądało, że coś zauważyła.
Kiedy w końcu doszli na miejsce, Alec przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć dlaczego mieli przyprowadzić Santiago. To było coś bardzo dziwnego, wampir nie powinien zapominać o czymkolwiek, a zwłaszcza o takich rzeczach. A on zapomniał. Tylko na chwilę, ale jednak...
- A więc, czemu mnie wezwaliście? - zapytał spokojnie Santiago, po czym się ukłonił. Aro spojrzał na niego zdziwiony.
- Tak, chodziło nam o... - Aro przerwał i spojrzał na braci. Alec nie mógł w to uwierzyć. Zapomnieli. Co to była za magia?
- Panie, chodziło o... - zaczął mówić, ale Jane mu przerwała.
- O polowanie. Zmianę grup. Santiago ma odtąd polować z Alecem, bo Eleazar woli wybierać się poza miasto. Twierdzi, że tu nie ma szans znaleźć kogoś z interesującym darem. A nikt inny nie chciał się zamienić.
Alec spojrzał ze złością na siostrę, ale ona nie zwróciła na to uwagi.
- I po to mnie wzywaliście? Nie trzeba było się kłopotać. Dla mnie nie ma żadnego problemu. - Santiago zaśmiał się, po czym ukłonił i odszedł. Chwilę później Jane zrobiła to samo, dając bratu znak, żeby poszedł za nią.
- Dlaczego to powiedziałaś? - zapytał Alec, jak tylko wyszli. - Z nim jest coś...
- Lepiej chodźmy na spacer.
Alec spojrzał na siostrę. Wyglądała na przestraszoną. Natychmiast się uspokoił i ją przytulił.
- Chodźmy.
Rzecz jasna poszli do lasu. Jane nie odzywała się ani słowem przez dobre pół godziny.
- Dlaczego? - zapytał w końcu Alec.
- Znowu by zapomnieli. Ja zauważyłam to już kilka dni temu i... nie wiem jak to wyjaśnić. Strasznie naciskało, abym zapomniała. Teraz też tak było. Żeby pamiętać muszę cały czas o tym myśleć. A to nie jest łatwe. Nie wiem dlaczego, ale tylko my o tym pamiętamy. I jeśli coś wiem, to, że Santiago nie może się zorientować.
- A więc, co robimy?
- Udajemy, że wszystko jest w porządku, ale mamy go na oku. Dlatego załatwiłam przeniesienie go do twojej grupy na polowaniu. Ja postaram się zaglądać do niego w zamku.
- Nikogo nie wpuszcza do siebie.
- Przyszedł do mnie po książkę. Raczej nie spodziewa, że coś wiem. Może poproszę go, żeby nauczył mnie łaciny i greki. Z łaciną idzie mi nie najgorzej, ale wielu słów i zwrotów nadal nie rozumiem.
- A jeśli cię zaatakuje?
- Siła mojego daru wystarczy, żeby go zatrzymać choć na chwilę. Więc zdążę uciec.
- Jane... a może lepiej ja będę go obserwował, a ty pożyczysz od Marka tamtą dziwną księgę... wiesz o którą mi chodzi... i poszukasz czegoś. Ostatnio zbyt wiele razy się narażałaś.
- W tym wypadku przeglądanie tej księgi może być bardziej niebezpieczne. Santiago mógłby się zorientować, że czegoś o nim szukam. Poza tym ona jest napisana, w większości, po grece. Kilka urywków po łacinie, ale ostatnio nawet ich nie rozumiałam. To też powód, dla którego wpadłam na ten pomysł z nauką.
- Jesteś pewna? - Alec nie był przekonany. Ryzyko, na które chciała się rzucić jego siostra, było zbyt duże. To, co stało się z Santiago... za bardzo przypominało opętanie Felixa. Tylko Santiago zachowywał się całkiem normalnie. No, prawie.
- Wiem, że to niebezpieczne, ale nie możemy ryzykować.
- Dobrze - powiedział w końcu zrezygnowany Alec. Musiał jej zaufać. Była silna, wiedział, że sobie poradzi. Ale on, jako jej brat, po prostu musiał ją chronić. - Ale warto by przejrzeć księgę. Może tam być coś... na ten temat.
- Pod warunkiem, że użyto na nim daru bardzo starego wampira. Tam Aro jest wspomniany w ostatnim fragmencie. I to jako nowonarodzony! A, z tego co wiem, księga była pisana przez setki lat.
- Eleazar przeczytał ją i mówił mi, że nie zostały tam opisane tylko dary, ale też substancje oddziałujące, w jakikolwiek sposób, na wampiry. Nie było tego dużo, ale jednak. Poza tym... - Alec zawahał się. Eleazar powiedział mu to w tajemnicy. Obaj szukali wyjaśnienia utraty przytomności Jane. Wprawdzie ogólnie przyjęto wersję, że to z rozpaczy, bowiem myślała wówczas, że jej brat nie żyje. Ale Aleca i Eleazara to nie do końca przekonywało. Była to jednak najbardziej prawdopodobna wersja. Przynajmniej od kiedy upewniono się, że to nie jakiś dar. Ale to była jego siostra. Osoba, której ufał bardziej niż komukolwiek. - Eleazar mówił, że księga nie powinna mieć takiej formy. Po pierwsze język, po drugie styl. Wydawało się mu, że księga nie jest oryginalna. Że została nie tylko przepisana, ale również skrócona i przetworzona. Tak jakby ktoś ją przeczytał, a potem zapisał to, co zapamiętał.
- Jak to? - Alec zobaczył zdziwienie na twarzy siostry.
- Pojawiały się... odnośniki, do roślin, istot, wampirów, które miały zostać potem... rozwinięte, ale nie były. Gdyby pojawiło się to raz, czy dwa, Eleazar stwierdziłby, że nie było więcej informacji, albo dana cecha była jedyną ciekawą, ale...
- Czyli nie znajdziemy tam nic przydatnego?
- Tego nie powiedziałem. W końcu zaproponowałem, żeby się z nią zapoznać. Tam jest naprawdę wiele przydatnych informacji.
Alec uważnie przyglądał się siostrze, która najwyraźniej się zamyśliła. Może próbowała sobie coś przypomnieć, a może zastanawiała się, czy coś wyznać. Tego Alec nie wiedział, ale czuł, że musi dać jej choć chwilę czasu. W końcu spojrzała na niego.
- Tak naprawdę nie tylko my dwoje wiemy o Santiago. Marek i... - Jane zawahała się przez chwilę. - Kajusz. Im jeszcze trudniej niż nam jest nie zapomnieć. Właściwie Kajuszowi Marek ciągle musi powtarzać. Ale cały czas pamiętają, że coś jest nie tak z Santiago.
- Ale wtedy, przy Aro...
- Nie wiemy dlaczego, ale Aro... on zapomina jeszcze szybciej niż ktokolwiek inny. Próbowaliśmy powiedzieć o tym praktycznie wszystkim. Zapominali... no cóż, najpóźniej po kilku minutach. A teraz, kiedy z nim szliśmy... tak strasznie mnie rozpraszało. Przez kilka sekund nie wiedziałam, dlaczego go prowadzimy.
- Ja nie miałem takiego problemu - przyznał Alec. Nie rozumiał, dlaczego jest aż tak odporny.
- Czy... czy pamiętasz jakiego koloru były jego oczy? - zapytała nagle Jane.
- Szare. Były szare.
Jane uśmiechnęła się.
- Nie jestem pewna, czy Marek i Kajusz pamiętają. Przez to, że zaczęłam myśleć o tej księdze, wydawało mi się, że były normalne.
- Wiec dlaczego zapytałaś o kolor? - zapytał Alec, zastanawiając się, co jeszcze ukrywa Jane.
- Bo na wspomnienie Santiago, pierwsze co mi przyszło na myśl, to oczy. Zdecydowanie zbyt normalne. Posłuchaj, musimy iść do Marka. On ma księgę i jest w stanie ją przeczytać. Sądzę, że chciał to zrobić, ale...
- Mógł zapomnieć - dokończył Alec. Dopiero zaczęło do niego docierać, jak groźna mogła być ta sytuacja.




Obiecałam rozdział w czerwcu, więc jest. Wiem, że dość późno ale niestety wcześniej się nie dało. Nie wiem, kiedy będzie następny, ale możliwe, że już w weekend, bo mam mnóstwo pomysłów na tę przygodę :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 35 ALEC

Alec uważnie obserwował siostrę. Z polowania wróciła kilka minut wcześniej. Była pierwsza, jak zwykle. Zawsze kończyła pierwsza, nie zabijała więcej niż musiała. Wiele wampirów nie mogło doczekać się polowań, lubiły jak ofiary uciekały. A Jane zawsze była inna. Ale nawet ją Volterra zmieniała. Obojętność przed zamordowaniem człowieka... kiedyś w takim momencie na jej twarzy pojawiało się obrzydzenie.
- O czym myślisz? - zapytała Jane leżąc na łóżku.
- O niczym ważnym - odpowiedział. - Już nie śpisz?
- Nie jestem  zmęczona.
Zaśmiali się. Alec był zadowolony, że chociaż spędzają jeszcze razem czas. Chciałby odejść z Volterry. Nie na zawsze, na kilka dni. Odejść daleko, dać Jane kilka chwil bez nadzoru, bez tego wszystkiego. Ale nie śmiał tego zaproponować. Nie w świetle tego, jak skończyła się ich ostatnia wyprawa. Jane najwyraźniej też o niej myślała.
- Chciałabym odwiedzić grób Thomasa. I zobaczyć się z Amerigo.
- Żona Amerigo jest łowczynią - przypomniał jej Alec. Tak naprawdę nie chodziło mu o nią. Martwił się o Jane. Dopiero niedawno przestała się obwiniać.
- Jesteśmy rodziną.
- Nie teraz, za rok - poprosił Alec. Chciał dać wszystkim czas.
- Pół.
Kompromis. Każdemu odpowiadało. Jane w sumie też wyglądała na zadowoloną. Chyba tak naprawdę nie czuła się gotowa.
Alec nie został u siostry długo. Obiecał oddać Feliksowi książkę. Tyle, że najpierw musiał ją znaleźć.
Książki leżały na łóżku. Wszystkie. A wśród nich nie było tej której szukał. Sprawdził jeszcze raz. Musiał ja gdzieś mieć. Pożyczył tę książkę od Feliksa miesiąc wcześniej. Feliks też od kogoś pożyczył. Książka krążyła po zamku od dobrych kilku lat i do tej pory nikt nie domagał się zwrotu.
- Feliks prosi, żebyś przyniósł mu ją do pokoju za pięć minut. - Do pokoju bez pukania wpadła Renata. - To jest książka Kajusza... - dodała widząc bałagan w pomieszczeniu.
- Jasne, zaraz ją mu zaniosę - powiedział Alec. Chwilę później wampirzyca wyszła.
Ta książka była naprawdę droga, nie byle jaka robota. Ale w Volterze wszystko się rozchodzi. Taka księga, czy inna, każdy ma coś w pokoju. Renata sugerowała, żeby poukładać wszystko w którejś pustej komnacie, ale... ale chyba każdy wolał mieć coś pod ręką.
Alec przejrzał książki jeszcze raz. A tej nadal nie było. Pokój przeszukał już dwa razy, i nadal nie miał pojęcia, gdzie mógł ją zostawić. A podobno wampiry mają dobrą pamięć. Usiadł na łóżku i wziął do ręki jedną z leżących tam książek. Zamknął oczy i jeszcze raz zastanowił się, gdzie mógł tamtą zostawić. Nagle drzwi się otworzyły.
- Alec! Miałeś mi ją oddać jak najszybciej! - Feliks wyrwał książkę z ręki Aleca.
- Poczekaj! To... - Feliks przekartkował książkę.
- Cała. W takim stanie, w jakim ją wziąłeś.
Alec spojrzał na książkę. To zdecydowanie była ta, której szukał. Tylko jakim cudem? Przecież nie było jej na łóżku. Feliks najwyraźniej nie miał czasu, bo wybiegł z pokoju. Jednak zaraz potem wpadła Heidi.
- Dzisiaj polujemy! - powiedziała i wybiegła. Alec przez dobra chwilę zastanawiał się, czy nie zaczyna wariować. Przecież... A może to przez stres? W końcu może i był wampirem, ale to wszystko co się wydarzyło... Kiedy Jane obwiniała się o śmierć Thomasa i tamto wszystko, Alec po prostu musiał być silny. A teraz, kiedy jego siostra się uspokoiła, mógł sobie wreszcie pozwolić na odrobinę załamania.
Alec potrząsnął głową. Nie, nie mógł. Jane nadal potrzebowała wsparcia. A ta książka to była po prostu chwila słabości. Chłopak zamknął oczy i policzył w myślach do dziesięciu. Kiedy uspokoił już myśli wyszedł z pokoju. Wiedział, że Demetri wymyśli coś, co pozwoli mu się odstresować.
Polowanie nie sprawiało Alecowi takiej przyjemności jak Heidi, Feliksowi czy Demetriemu, ale i tak podobało mu się znacznie bardziej niż atakowanie niewinnych wycieczkowiczów. Teraz przynajmniej z jego ręki nie ginęli dobrzy ludzie.
Tym razem jego celem była kobieta. Do miasta przeprowadziła się kilka miesięcy wcześniej. To do czego zmuszała swoją córkę budziło w Alecu odrazę. Kiedy jej ciało bezwładnie opadło na ziemię, na twarzy wampira pojawił się uśmiech.
Następna grupa miała polować poza miastem. Nie mogło być zbyt wiele ataków w tak krótkich odstępach czasu. Każdy doskonale to rozumiał.
Dni mijały Alecowi szybko, nawet zbyt szybko. Feliks udzielał mu kolejnych lekcji walki wręcz. Jako wampir Alec się nie męczył, ale bardzo szybko zaczynał mieć dość ciągłych porażek. A Feliks za każdym razem znajdował kolejne źródło żartów. Zdecydowanie idealnym nauczycielem nie był, ale Alec nigdy nie popełnił po raz drugi tego samego błędu. Alec ćwiczył całymi dniami, i chociaż nie był fizycznie zmęczony, po całym dniu wysłuchiwania docinków Feliksa, zaszywał się w swojej komnacie i spędzał noce z książką w ręku.
Jane nie było w jej komnacie, Alec dopiero po chwili przypomniał sobie o polowaniu. Postanowił poczekać na siostrę. Był pewien, że Jane wróci najpóźniej po jakiejś godzinie. W końcu od wyjścia minęło już trochę czasu. Powinna już znaleźć ofiarę. Teoretycznie powrót nie zająłby jej nawet dwóch minut, ale Jane zawsze lubiła spacerować nocą.
Zgodnie z przewidywaniami Aleca po jakich czterdziestu minutach do komnaty weszła Jane. Nie wydawała się szczególnie zadowolona, ale akurat nie to zdziwiło jej brata.
- Masz na ubraniach krew - powiedział. - Myślałem, że już nauczyłaś się jeść.
- Oh, zamknij się. Tamten pijak miał jakiegoś kolegę. Ich smród zamaskował ludzki zapach... nawet nie wiedziałam, że to możliwe. Wskoczył mojemu na plecy... i widzisz efekty.
Alec zaśmiał się. Znał Jane i wiedział, że wokół niej od zawsze musiał panować idealny porządek. Naturalnie dotyczyło to również ubrań. Bardzo szybko nauczyła się pić krew tak, by nic nie wylądowało na jej bluzce, czy spódnicy. A wszystko dlatego, że nie chciała się ubrudzić.
Obserwował jak Jane wybiera sobie czyste ubrania i znika za drzwiami łazienki. Dosłownie chwilę później wróciła przebrana i uczesana. Alec sięgnął po książkę, ale Jane złapała go za rękę i pociągnęła w kierunku drzwi.
- Idziemy na spacer - oświadczyła stanowczo. - Mam już dość siedzenia i nic nie robienia.
- Do lasu? - upewnił się Alec, a kiedy zobaczył szeroki uśmiech przewrócił oczami. - A gdzieżby indziej...
Chodzili już drugą godzinę. Jane wydawała się taka szczęśliwa. Jakby nie miała żadnych zmartwień, jakby nic złego nie miało się już wydarzyć. Alec bardzo długo nie widział jej tak rozluźnionej. Śmiała się, wręcz skakała po lesie.
Do Volterry wrócili dopiero nad ranem. Jane poszła do swojej komnaty, a Alec postanowił zajrzeć do Santiago. Odkąd jego grupa wróciła z polowania zachowywał się jakoś dziwnie i prawie nie wychodził ze swojej komnaty.
Santiago nie otwierał kilka chwil, a z komnaty nie dochodziły żadne odgłosy. Alec doszedł więc do wniosku, że po prostu nikogo nie ma. Chciał odejść, kiedy drzwi się otworzyły. Santiago wyglądał dziwnie, choć Alec na początku nie był w stanie określić dlaczego.
- Czego chcesz? - zapytał na wstępie Santiago.
- Zapytać czy wszystko w porządku... Od kilku dni nie wychodzisz, a poza tym...
- Wszystko w porządku. Jak widzisz jestem tu - ostro przerwał Santiago, a potem dokończył spokojniej. - Nie jestem nikomu potrzebny, więc się stąd nie ruszam. Nie martw się.
Zanim Alec zdążył otworzyć usta drzwi ponownie się zamknęły. Alec postanowił więc zajrzeć do Demtri'ego. To właśnie Dem poprosił swojego młodszego kolegę o sprawdzenie co z Santiago.
Alec wszedł do komnaty Demetri'ego bez pukania. Miał właśnie zdać relację z wymienionych z Santiago kilku zdań, gdy spojrzał w lustro. Dotarł do niego, dlaczego Santiago wyglądał dziwnie. Żaden wampir nie ma szarych oczu. Żaden.
- O co chodzi? Dowiedziałeś się czegoś? - Demetri najwyraźniej zaczynał się niecierpliwić. Alec opowiedział co się wydarzyło, ale nie wspomniał o szarych oczach. Sam nie widział co o tym myśleć. Musiał jeszcze raz zobaczyć Santiago. Najdziwniejsze wydawało się to, że Santiago czasem wychodził i widziało go wiele wampirów, nikt jednak nie zwrócił uwagi na te oczy. To było zastanawiające.



Kolejny rozdział postaram się napisać w weekend, ale niczego nie obiecuję, ponieważ muszę napisać jeszcze rozdziały na dwa blogi. Ale w tym miesiącu się wyrobię, w końcu zaczynają mi się ferie :)
Klawiatura nie gryzie, czekam na komentarze :P


wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 34

Jane szła na polankę. Spotykali się dwa razy w tygodniu. Marek i Kajusz potrafili wiele, ale dziewczyna nie potrzebowała już tak częstych lekcji. Kiedy doszła okazało się, że mężczyźni już na nią czkają. Marek wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Blondynka zachichotała na wspomnienie "zaproszenia".
- Możesz mi wyjaśnić, co to było? - zapytał Marek, a Jane kiwnęła głową.
- Spodobałeś się mojemu bratu - powiedziała po czym znów zachichotała. Tylko Kajusz nie wiedział o co chodzi.
- Jane. Ja pytam poważnie. Dlaczego on...
- Zaprosił cię na randkę? - dokończyła Jane, a kiedy tylko skończyła do jej uszu dotarł śmiech Kajusza.
- Czy... Alec... zaprosił...? - Mężczyzna nie był w stanie dokończyć pytania, ale to nie było konieczne. Dziewczyna kiwnęła głową.
- Chciałbym to zobaczyć - stwierdził kiedy się uspokoił. Jane wzruszyła ramionami i wykorzystała swoje pierwsze lekcje. Po chwili Kajusz znowu zwijał się ze śmiechu. Kiedy w końcu się uspokoił Marek spojrzał na brata z politowaniem. Zamierzał chyba coś powiedzieć, ale zrezygnował i zaczął prowadzić lekcje.
- Od dzisiaj wracamy do pierwszych lekcji. Nauczyłem cię wytwarzać dary, ale tak naprawdę to nie jest ci potrzebne. Za to łatwiejsze. Twoja moc jest naprawdę wielka i bez darów.
- Ale nie czyni mnie niezwyciężoną - przerwała mu.
- Owszem. Masz limity. Jesteś potężna i nikt w pojedynkę nie da ci rady. A przynajmniej kiedy już nauczysz się wszystkiego. Ale kilka silnych osób cię pokona. Ale nie mówimy o tym. Ty nie musisz wytwarzać darów, bo... bo potem to będzie bezużyteczne. - Jane chciała zapytać o co chodzi z tym "potem", ale postanowiła zostawić to na później. A Marek kontynuował. - Telepatię już zauważyłaś...
- Chyba nekropatię - szepnął Kajusz, ale Marek go zignorował.
- Nie potrzebowałaś wytwarzać daru. Ani pożyczać. Ta dziedzina może być trudniejsza, zwłaszcza, że będziesz chciała automatycznie sięgać po wytwarzanie darów. Ale to jest szybsze.
- Tak jak z żywiołami - wtrącił Kajusz. - Nie wytwarzałaś daru. Po prostu to robiłaś. Było trudniej, owszem, ale teraz potrafisz szybko zareagować. - mówiąc ostatnie słowa cisnął w Jane kulą ognia. Automatycznie posłała wodę. - Widzisz? - zapytał - Gdybyś miała wytworzyć dar, kula spaliłaby ci twarz.
Jane chcąc nie chcąc musiała przyznać mu rację.
- To od czego zaczynamy? - zapytał Marek.
- Telapatia - zdecydowała szybko. - Podobno już coś umiem, więc powinno pójść mi w miarę łatwo. No i pokaże mi różnice.
Marek pokiwał głową. Widać uznał to za dobry pomysł. Ale nie na tę noc. Lenistwo czasem łapie też wampiry, więc spacerkiem wrócili do Volterry.
Rano do pokoju Jane wszedł Alec. Najwyraźniej już się nie gniewał o tę randkę. Ale Marka chyba i tak będzie unikał.
- Co robisz? - zapytał patrząc na siostrę leżącą na łóżku.
- Śpię - odpowiedziała. - Też chcesz?
- Czemu nie. - Chłopak położył się na łóżku obok bliźniaczki i zamknął oczy. Każde z nich myślało o czymś innym, nie odzywali się, ale żadnemu to nie przeszkadzało. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. W ciszy.
Następnej lekcji już nie opanował leń, więc wzięli się do roboty. Jane szło opornie. Siedziała pod drzewem, patrzyła na Marka i usiłowała się odezwać. Telepatycznie. Jedno słowo. Pięć liter. Czy to tak dużo? Czuła się głupio uparcie powtarzając w myślach to jedno słowo. Witaj! Miała serdecznie dość tego powitania.
Po trzech godzinach bez efektu Marek wstał.
- Na dziś wystarczy. Poćwiczymy na następnej lekcji.
- Nigdy się tego nie nauczę - westchnęła Jane. Po trzech godzinach do Marka nie dotarł nawet najdrobniejszy sygnał. Miała wrażenie, że z żywiołami było łatwiej.
- Nauczysz, nauczysz - powiedział Kajusz uśmiechając się. Patrząc na niego w czasie lekcji- myślała Jane - komukolwiek trudno byłoby uwierzyć, że to ten sam Kajusz, który sprawia wrażenie wściekłego na wszystkich. Ale też nikt, kto znał tego wampira jako najmłodszego z Trójcy nie powiedziałby, że on może być wesoły, łagodny... ludzki. Może tylko Athendora.
Ruszyli powoli przez las.
- Wracamy do polowań - powiedział nagle Marek. Kajusz spojrzał na brata ze zdziwieniem.
- Już?
- Taki czas - stwierdził tylko.
- Możecie mi wyjaśnić o co chodzi? - zapytała Jane.
- Ludzie... - zaczął wyjaśniać Kajusz. - Ludzie nie chcą już zwiedzać Volterry. Uważają, że to... niewłaściwe. Coraz mniej osób przychodzi, a ktoś w końcu zauważy, że ci ludzie znikają. Tak więc wracamy do polowań. Żebracy, pijacy, sieroty - to będzie nasz cel.
Jane kiwnęła głową. Wiedziała, że tak będzie najlepiej.
- A co z ludźmi z darami? - zapytała.
- Jeśli Eleazar na takiego trafi, to mamy szczęście, a jak nie to poczekamy trochę. Za kilkaset lat znowu wrócą wycieczki.
- Kilkaset lat?
- Tak, - kontynuował Marek - a poza tym i tak większość obecnej straży sama do nas przyszła.
- Jakoś ostatnio nikt się nie pojawił - stwierdziła Jane, na co Marek się roześmiał. Po chwili kiwnął głową i pobiegł do Volterry.
- Ja też będę musiał zaraz iść - stwierdził Kajusz - Athendora mnie zabije jeśli nie wrócę przed świtem.
Kilka minut później Jane została sama.
Rano wszyscy zostali zwołani do WS. Jane zajrzała po drodze do brata, ale już go nie było. Wzruszyła ramionami i poszła dalej.
Na miejscu byli prawie wszyscy. Brakowało tylko Kajusza. Kiedy w końcu i on się pojawił, Aro wstał i zaczął mówić:
- Od dzisiaj wracamy do polowań. Zasady takie jak na akcjach. Nikogo, kogo nieobecność się zauważy. Czy to jasne?
Kiedy wszyscy przytaknęli Aro wytłumaczył im dlaczego postanowił tak. Jego wyjaśnienia były prawie identyczne z tymi, które przedstawili Marek i Kajusz w nocy.
Raz na dwa tygodnie. Taka miała być częstotliwość polowań. Oczywiście nie mieli wychodzić wszyscy razem, tylko małymi grupkami. Jane została przypisana do grupy z Heidi, Renatą i Demetrim. Wyruszali następnej nocy.
Jane zastanawiała się, czy te wypady nie będą jej przeszkadzały z lekcjach. W końcu ktoś mógłby zauważyć, że wymyka się do lasu. Stwierdziła jednak, że jeśli będzie jakiś problem Marek da jej znać.
- Jane, rusz się! - do uszu dziewczyny dotarł szept Renaty. Dopiero wtedy dotarło do niej, że stoi na dachu jakiegoś domu od jakiejś minuty. W sumie to się tam zatrzymali, aby wypatrzeć ofiarę. Została już tylko ona i Renata. Jane rozejrzała się i wciągnęła powietrze. Kiwnęła głową i uśmiechnęła się. Pobiegła w kierunku jednej z uliczek. O budynek opierała się kobieta. Zapach jej krwi jakby neutralizował smród. Wampirzyca podeszła i po chwili zatopiła zęby w jej szyję. Kobieta nie walczyła. Obudziła się, ale jedyne na co się zdobyła to próba wycofania się. Ale przecież opierała się o ścianę. Minutę później Jane oderwała się od zwłok.
Zadowolona wróciła do Volterry. Uśmiechnęła się na myśl o swoich towarzyszach. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie mają zamiaru na siebie czekać, więc każdy wraca kiedy skończy. Tak, zdecydowanie nie było źle.


Rozdział krótki, ale następny pewnie będzie dłuższy. Liczę na komentarze (głównie na konstruktywną krytykę, typu: gdzie ty byłaś, kiedy uczono gramatyki? Błędy: przykład, przykład, przykład).
Kolejny rozdział we wrześniu :)

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 33

Alec przytulił siostrę przeklinając w duch na tego Ramireza. Ledwo Jane jako tako oswoiła się ze śmiercią Thomasa (to znaczy nie zaczynała płakać na widok każdego kto go choć odrobinę przypominał), już płakała.
- Alec... Ten mężczyzna... ja go pamiętam - powiedziała cicho, a następnie opowiedziała wszystko. Alec nie pamiętał tego. Jednak słowa siostry opisujące tę sytuację przywróciły jemu pewne wspomnienie.

Dwójka sześcioletnich dzieci siedziała przytulona do siebie. Chłopiec głaskał dziewczynkę po włoskach, starając się ją uspokoić. Ich babcia zmarła. Rozszarpało ją zwierzę.
Do dzieci podszedł mężczyzna. Feliciano Ramirez. Dzieci przytuliły się do niego. Obiecał zabrać ich do nowego domu. 
- Dlaczego nie możemy mieszkać z tobą? - zapytał Alec jeszcze bardziej przytulając się do mężczyzny. 
- Za dużo podróżuję. Wy jesteście za mali, musicie mieć normalny dom.
Dwa dni później Feliciano oddawał  ich pod opiekę wujkowi. Zanim odszedł wziął na bok Aleca i powiedział:
- Opiekuj się siostrą. Ona cię potrzebuje. Pamiętaj o tym... - przytulił chłopczyka i odwrócił się, ale zatrzymał go głos dziecka:
- Kocham cię, tato...
- Też cię kocham - powiedział, ale nawet się nie odwrócił. Kilka sekund później już go nie było.

- Jane, pamiętasz jak dostaliśmy się do wujka Toma? - zaczął ostrożnie, a gdy ona pokręciła przecząco głową, opowiedział jej, co sobie przypomniał. Pominął tylko ostatnie dwa zdania tamtej rozmowy. Sam nie wiedział co o tym myśleć. "Tato"? Przecież to niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Nagle uświadomił coś sobie. Aro. On najwyraźniej bardzo nie lubił Ramireza, a skoro oni mieli być jego dziećmi...
Nie, nic im nie zrobi, w końcu są wampirami. Są piekielnymi bliźniakami. Są mu zbyt potrzebni. Prawda?
Jane i Alec nie mieli ochoty wracać. W lesie było spokojnie i byli tu sami. Alec usiadł i oparł się plecami o drzewo. Jane za to oparła głowę na jego klatce. Leżeli tak bez ruchu, ktoś mógłby pomyśleć, że śpią. Jednak po kilku godzinach musieli wstać i wrócić do Volterry.
Kiedy tylko pojawili się w zasięgu wzroku/słuchu innych wampirów, zostali powiadomieni, że Aro jest wściekły i, że lepiej się do niego nie zbliżać.
Jane weszła do swojego pokoju i sięgnęła po książkę. Jednak nie mogła się skupić na tekście. Westchnęła. Minął już prawie miesiąc, a ona ciągle myślała  o Feliciano. Był przyjacielem ich mamy. Był przy nich, kiedy przenosili się do wujka Toma. A oni tak po prostu o tym zapomnieli. Nie była w stanie w to uwierzyć.
Położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Marzyła, by usnąć.
Usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem zarejestrowała, że słońce jest już wysoko. Było koło południa. Westchnęła i powiedziała "Proszę!". Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Demetri. Blondynka uśmiechnęła się na jego widok.
- Hej! Co tam? - zapytał niepewnie, a dobry nastrój dziewczyny uleciał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dem przyszedł wybadać, jak Jane się czuje. Gdyby nie te wydarzenia, pewnie nie przyszedłby.
- Nic... musiałam pomyśleć.
- Ale... czujesz się już lepiej? - zapytał, a Jane kiwnęła głową. Demetri uśmiechnął się i otworzył usta. Kilka minut później Jane szła do pokoju brata. Bała się tego, co może tam zastać. Ostatnio, kiedy Alec przegrał zakład musiał przez cały dzień nosić suknie. Ciekawe co tym razem. Otworzyła drzwi i zobaczyła, że Alec siedzi na łóżku, nic nie robi, nie wygląda dziwnie ani nic. Zaczęła się martwić.
- Przegrałeś zakład, tak? - zapytała, a on kiwnął głową. - I co masz zrobić?
Alec wymamrotał coś tak cicho i szybko, że nawet go nie usłyszała.
- Wolniej i głośniej. Co masz zrobić? - zapytała ponownie. Alec wziął głęboki wdech a potem powiedział:
- Mam cię przekonać - zaczął, a Jane zaczęła się naprawdę bać - żebyś poszła na randkę z Feliksem.
Do blondynki wszystko doszło z sekundowym opóźnieniem.
- Musiałeś być bardzo pewny wygranej - wydusiła w końcu, a Alec spojrzał na nią z nadzieją. - Ale ja nie pójdę na randkę z Feliksem. Dobrze o tym wiesz.
- Jeśli nie pójdziesz z nim na randkę, ja będę musiał zaprosić Marka - powiedział cicho Alec, a Jane zaczęła się śmiać jak opętana.
- Mi... miłej... ra... randki - powiedziała po dobre minucie śmiechu i wyszła z pokoju. Pod drzwiami stali Feliks i Demetri. Zataczali się ze śmiechu.
- Naprawdę każecie mu zaprosić Marka? - zapytała, a kiedy oni pokiwali głowami również zaczęła się śmiać.
Jane z uśmiechem na ustach wróciła do swojego pokoju. Naprawdę miała dobry humor... ale nie mogła zrobić tego swojemu bratu, prawda? Chociaż... Z tego co słyszała Alec nie miał zapraszać Marka publicznie. Tak więc... Jane po raz kolejny wybuchła śmiechem. Tym razem dlatego, że wyobraziła sobie minę zapraszanego. Tak, zdecydowanie musiała to zobaczyć.
Następnego dnia Alec ruszył w kierunki Wielkiej Sali. Siostra obiecała mu, że będzie miał odrobinę prywatności. Kiedy wszedł do sali zobaczył siedzącego na tronie Marka. Gdyby mógł chłopiec zarumieniłby się. Właściwie, to wolałby, żeby musiał zaprosić Aro. Ten przecież i tak o wszystkim wie, a tak...
Jane, Demetri i Feliks uważnie obserwowali poczynania Aleca. Nie byli w w sali razem z nim, ale sufit tego pomieszczenia nowy nie był. Było za to kilka szczelin na tyle dużych, że z pomieszczenia nad salą dało się wszystko oglądać. Właściwie tamto pomieszczenie było wyłączone z użytku, ponieważ mogło się w każdej chwili zawalić, ale w tamtej chwili nie przejmowali się tym.
Alec stał z dziesięć metrów od Marka, który uważnie się przyglądał chłopcu.
- Panie, ja... bo chodzi o to, że ja chciałbym... - jąkał się Alec nie wiedząc co powiedzieć. Gdyby był człowiekiem, mógłby powiedzieć na kolację, ale tak? Chłopak wziął głęboki oddech i powiedział szybko. - Ja chciałem zaprosić cię na randkę.
Śmiech Jane, Dema i Faliksa odbił się echem po całej sali. Alec wykorzystał zdziwienie Marka, żeby zwiać,  i postanowił sobie nigdy więcej nie zakładać się z Feliksem.



Rozdział króciutki, ale dostaliście Aleca zapraszającego Marka na randkę. Ja wiem, że w tysiąc sto którymś mogło wyglądać to inaczej, ale... wyobraźcie sobie minę Marka :)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział 32

Rodzeństwo spojrzało niepewnie na mężczyznę. Wyglądał znajomo. Miał jakieś trzydzieści parę lat, rude włosy, jasną karnację... intensywnie zielone oczy. Tak bardzo znajome oczy.
Alec uświadomił sobie, że nie oddycha. Wziął głęboki wdech i w jednej chwili poczuł ogromne pragnienie. Krew mężczyzny pachniała tak niesamowicie pociągająco. 
Jane ścisnęła jego dłoń i dopiero wtedy uświadomił sobie, że podszedł do mężczyzny.
- Tak, to my - powiedziała dziewczyna. - Czego od nas chcesz?
- Tak w sumie to nie wiem. Jedyne co pamiętam, to wasze imiona i nazwisko. 
Alec spojrzał niepewnie na siostrę. Od razu zauważył, że Jane również zareagowała na krew mężczyzny.
- Kim jesteś? - zapytała blondynka.
- Przecież powiedziałem, że jedyne co pamiętam, to wy. No i moje imię.
- Ale... jak w takim razie nas znalazłeś? I dlaczego używasz tego nazwiska? Od bardzo dawna go nie używamy - Alec spojrzał z wyczekiwaniem na mężczyznę.
- Szukam was od kilku miesięcy. Ja... zrozumiałem, że musiał was ktoś przemienić i pomyślałem, że...
- Zrozumiałeś? - Jane i Alec zadali to pytanie jednocześnie, uważnie przyglądając się mężczyźnie.
- Ja... to skomplikowane.
- Mamy czas. Wyjaśnij wszystko - Jane mówiła spokojnie, ale Alec zauważył delikatnie zawahanie w jej głosie.
- Nie potrafię. Posłuchajcie. Obudziłem się cztery miesiące temu w jakimś opuszczonym domu. Migały mi jakieś twarze, ale nie potrafiłem niczego dopasować. Kiedy przypomniałem sobie wasze nazwisko... myślałem, że może wy będziecie wiedzieć coś o mnie.
- No dobra. Ale skąd wiedziałeś, że jesteśmy wampirami?
- Na początku nie wiedziałem. Ale... jakiś miesiąc temu wpadłem na grupkę wampirów oni opowiadali o piekielnych bliźniakach... czy jakoś tak - mężczyzna spojrzał niepewnie na Jane.
- Więc stwierdziłeś, że to my?
- Nie od razu. Upewniłem się... to znaczy na tyle na ile mogłem. A potem ruszyłem tu.
Alec otwierał usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale Jane pokręciła głową. Alec westchnął i powiedział:
- Dobrze. Sprawdzimy czy mówisz prawdę.
- Jak?
- Zobaczysz - Jane ucięła rozmowę i otworzyła drzwi. - Proszę za mną.
Feliciano chodził wolno. Rodzeństwo naprawdę nie lubiło, gdy ktoś się wlókł. Ale to był człowiek. Tylko, w takim razie, skąd mógłby znać ich stare nazwisko? Nie używali go od ponad stu lat. Dlatego postanowili zabrać go do Aro. Tylko on mógł potwierdzić, że Feliciano mówił prawdę. Jane zerknęła na mężczyznę. Kogoś jej przypominał... ale nie wiedziała kogo. To wspomnienie było wyblakłe, jakby za mgłą. Może Aro będzie mógł pomóc.
Aro, Marek i Kajusz najwidoczniej już na nich czekali. Jane nie zdziwiła się. W końcu ktoś musiał zauważyć, że prowadzą człowieka. Aż dziwne, że nikt go nie zaatakował. Alec ukłonił się, a następnie opowiedział o mężczyźnie. Feliciano wolałby to chyba zrobić sam, ale jedno spojrzenie na Trójcę i zmienił zdanie.
Aro doszedł do takiego samego wniosku jak rodzeństwo. Wstał i wyciągnął rękę do Feliciano. Mężczyzna niepewnie podszedł i podał mu dłoń. Przez chwilę tak stali, a potem odrzuciło  ich od siebie. Dosłownie. Można by odnieść wrażenie,  że coś wybuchło. Aro nie wydawał się zadowolony, a Feliciano... no cóż, on był wściekły. W jego lewej dłoni zalśnił nóż. Alec i Jane nie zwrócili uwagi na broń z tego oczywistego względu, że nie mogła im zaszkodzić. Jednak w tamtej chwili ostrze wyglądało niezwykle groźnie.
Aro nie czkał. Skoczył na Feliciano, ten jednak nic sobie z tego nie robił i po prostu się odsunął. Aro nie mógł zmienić kierunku w powietrzu, jednak kiedy tylko dotknął ziemi odwrócił się. Feliciano prawą dłonią złapał rękę Aro i wykręcił unieruchamiając wampira. Przyłożył mu sztylet do gardła. Aro nie ruszał się. Bał się. A przecież Feliciano to człowiek, którego bronią jest nóż. Niby jak zdołał tak szybko pokonać jednego z Volturi?
Kajusz, rzucił Markowi pytające spojrzenie, a kiedy ten w odpowiedzi kiwnął głową, wstał.
- Nie przybyłeś tu, aby nas zaatakować. A i my nie mamy powodu, aby atakować cię. Więc wypuść mojego brata i wyjaśnij dlaczego szukałeś Aleca i Jane.
- Oczywiście, wypuszczę tego, a zaraz zaatakujecie mnie całą trójką, albo i piątką - Feliciano rzucił szybkie spojrzenie Jane, jakby obawiał się, że zaatakuje go od tyłu.
- Masz nasze słowo, że cię nie zaatakujemy - odezwał się Marek.
- A od kiedy ty przemawiasz w imieniu wszystkich?
- Od kiedy ty przystawiłeś to piekielne ostrze do szyi mojego brata - Marek powiedział to tak spokojnie, że wręcz obojętnie. Ale Feliciano nie dał się nabrać. Uważne spojrzenie i spięte mięśnie zdradzały wszystko.
Feliciano przesunął nóż tak, by dotykał karku Aro, a następnie mocno odepchnął go w kierunku Marka. Aro podszedł do braci.
- Uwolniłem waszego brata i oczekuję, że wy dotrzymacie słowa.
- Dotrzymamy - powiedział stanowczo Marek patrząc na Aro.
- To co powiedziałem było prawdą. Naprawdę nie pamiętałem prawie nic. Jednak dar Aro wymusił moje wspomnienia. Nazywam się Feliciano Ramirez. Jestem łowcą i wiele lat temu przyjaźniłem się z matką Aleca i Jane. Nie wiem dlaczego zapamiętałem akurat ich. Ale wiem, że... spałem, to chyba najwłaściwsze słowo, kilka tygodni. Zaatakowała mnie grupa wampirów, jednak nie chcieli mnie zabić. Udało im się mnie rozbroić, a następnie zaciągnąć do ich przywódcy. Ale nie pamiętam kto to. Jestem pewien, że widziałem jego twarz, jednak tego nie jestem w stanie sobie przypomnieć - Feliciano spojrzał na nas, a następnie wzruszył ramionami - Byłem wam winny te wyjaśnienia, jednak więcej nie powiem. Teraz muszę odejść. Liczę, że się już nie spotkamy.
Feliciano uśmiechnął się delikatnie, lekko ukłonił Markowi i Kajuszowi. Obaj odpowiedzieli ukłonem.
- Jane, mogłabyś mi towarzyszyć do wyjścia? Obawiam się, że pozostałe wampiry mieszkające tu mogłyby mnie zaatakować. A naprawdę nie chcę zrobić któremuś krzywdy.
Kiwnęła głową i ruszyła za Feliciano. Kiedy dotarli do wyjścia zatrzymał się i spojrzał jej w oczy.
- Jesteś potężna, ale nie niezwyciężona. Zawsze o tym pamiętaj.
Wpatrywała się w niego ze zdziwieniem. Słyszała już te słowa. Powiedział jej je ktoś wiele lat temu. Jak była jeszcze naprawdę mała. Feliciano uśmiechnął się smutno i pobiegł w stronę lasu. Nagle sobie przypomniała.

Dwuletnia dziewczynka kurczowo trzyma rękę mamy. Nie wie co się dzieje, ale czuje, że jest to coś złego. Mama mówi spokojnie. Obiecuje niedługo wrócić, mówi dziewczynce, że ją kocha. Przytula córeczkę, a potem podchodzi do stojącego kawałek dalej chłopczyka. Kiedy go przytula szepce mu coś do ucha. Potem odchodzi. 
Do kobiety podchodzi mężczyzna, przytula ją mocno i mówi:
- Jesteś potężna, ale nie niezwyciężona. A on...
- Poradzę sobie - kobieta uśmiecha się spokojnie, a potem odchodzi. Mężczyzna podchodzi do dziewczynki, ma rude włosy, intensywnie zielone oczy i jasną karnację. Wyciąga rękę do chłopczyka, który podchodzi. Dzieci przytulają się do mężczyzny.
- Macie bardzo dzielną mamę - mówi cicho - Mam nadzieję, że odwagę odziedziczyliście po niej...

Jane rzuciła się biegiem w kierunku lasu. Była noc, wszyscy siedzieli w domach, ale dla Jane równie dobrze mógłby być dzień. Blondynka biegła tropem Feliciano, jednak kiedy tylko weszła do lasu trop się urwał. Jane po raz kolejny poczuła, że jej oczy są suche. Kajusz dopiero odzyskał przytomność, Thomas zginął, i to przez nich, a teraz Feliciano, człowiek, czy tam łowca, który znał ich mamę... który najwyraźniej był dla nich ważny, odszedł. Tak po prostu.
Jane bardziej poczuła niż zobaczyła brata. Alec musiał zauważyć, że pobiegła tropem Feliciano i postanowił ją znaleźć. Chciała mu opowiedzieć co sobie przypomniała, ale nie była w stanie wydusić słowa. Alec przytulił ją. Oboje mieli naprawdę dość.





Rozdział krótki, ale mi się podoba. Wiem, że notki dawno nie było, ale w sumie nie miałam czasu pisać. Za to teraz powinny pojawiać się raz w tygodniu. Może częściej. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze o tym blogu pamięta.



środa, 26 lutego 2014

Rozdział 31

Alec i Jane stali przed Aro. Żadne z nich się nie odzywało, ani nie poruszało. A Aro zadawał pytania. Mężczyzna westchnął. Marek został przy Kajuszu, który nadal nie odzyskał świadomości. Nie miał więc co liczyć na pomoc braci. On nie za dobrze radził sobie z dziećmi. Spojrzał na rodzeństwo. Wrócili pond pół godziny wcześniej. Właściwie, to byli prowadzeni przez resztę. Oczy Jane były suche. Płakała. Stała uparcie wpatrując się w punkt obok głowy mężczyzny. Nawet nie oddychała. Chłopak obok nie płakał. Stał blisko siostry jakby chcąc dać jej znać, że jest z nią. Patrzył na Aro ze wściekłością. Mężczyzna rozejrzał się wokół. Zaczynał żałować, że postanowił rozmawiać z rodzeństwem bez świadków. Mógłby sprawdzić im wspomnienia, ale wiedział, że to nie spodobałoby się ani Markowi, ani Kajuszowi. A już dawno się zorientował, że w sprawach bliźniaków są nieugięci.
Aro patrzył na rodzeństwo nie rozumiejąc. Chciał porozmawiać z nimi jak najszybciej i zignorował Demetriego, który chciał mu coś powiedzieć. Zastanawiał się, czy to pomogłoby mu uzyskać odpowiedzi. Jakiekolwiek odpowiedzi.
Alec i Jane. Piekielne bliźniaki - jak kiedyś nazwał ich Santiago. Patrząc teraz na nich stwierdził, że na pewno nie wyglądali niebezpiecznie. A nawet wręcz przeciwnie. Ale Aro nie mógł się poddać. Stawka była zbyt wysoka.
Nie wiedział czemu milczą. Do Volterry wrócili wszyscy, w komplecie. Co tam mogło się stać? Feliciano zabrał komuś dar? Nie, Eleazar by to zauważył. A przecież rozmawiał z nim.
- Co się tam stało? - Aro ponowił pytanie, ale znowu odpowiedziała mu cisza. Zdenerwował się. - Odpowiedzcie mi. Nie obchodzą mnie wasze humorki, nie zapominajcie kim jestem! Powiedźcie mi, co się tam stało! Co zrobił Feliciano?
Nagle ciałem Jane wstrząsnął szloch, a Aro poczuł niesamowity ból. Alec przytulił siostrę i szeptał jej coś do ucha. W końcu się uspokoiła. Chłopak spojrzał dziewczynie w oczy, a następnie pocałował w czoło. Podszedł do mężczyzny i podał mu dłoń.
- Tylko szybko - poprosił czy rozkazał? Aro sam nie wiedział, ale ujął jego dłoń całkiem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Jednak to co zobaczył wcale go nie ucieszyło.

Marek od dłuższego czasu nie opuszczał komnaty brata. Bał się o niego. W pewnym sensie się obwiniał o jego stan. W końcu czuł, że Feliciano żyje, ale nic z tym nie zrobił.
Z gardła Kajusza wydobył się zduszony krzyk. Mężczyzna zrobiłby wszystko aby pomóc bratu, jednak w tej chwili jedyne co był w stanie robić, to przy nim czuwać. Nagle do komnaty wszedł Aro.
- Rozmawiałem z nimi - powiedział cicho.
- I czego się dowiedziałeś?
- Feliciano im uciekł. Ale wcześniej zabił Thomasa... syna łowczyni. Tamten dzieciak był spokrewniony z bliźniakami.
Marek zamknął oczy. Nie wyglądało to najlepiej.
- A dowiedziałeś się czegoś, co pomogłoby Kajuszowi?
- Niestety nie. Może jeśli Feliciano odejdzie dostatecznie daleko wszystko się uspokoi.
- Dlaczego to trwało tak długo?
- Nie chcieli nic mówić... Feliciano zabił chłopaka, który był z nimi spokrewniony. Odczuwali z nim jakąś więź. Oboje nie są w najlepszym stanie.
Marek pokiwał głową i spojrzał na nieprzytomnego brata. Było źle. Bardzo źle. Feliciano to groźny przeciwny. Stary, cierpliwy i bezwzględny. Nieprzewidywalny. Równie dobrze może zaatakować jutro jak i za kilka lat. Tak. Z Kajusza zrobił pewnego rodzaju alarm. Ale ten alarm uaktywnia się za późno, kiedy Feliciano już atakuje.

Jane siedziała na swoim łóżku wtulona w brata. Jako stuletnia wampirzyca widziała wiele, ale to co zrobił Feliciano... mocniej przytuliła się do Aleca. Bała się. Bardzo się bała, ale kiedy myślała o tym co tamten wampir zrobił strach ustępował złości. Jednak z każdą chwilą coraz wyraźniej dochodziło do niej, że tak naprawdę jest bezbronna w stosunku do Feliciano. Niby umie więcej niż ktokolwiek, ale jednocześnie z niczym nie radzi sobie wystarczająco dobrze. A Feliciano zbierał dary od setek, jeśli nie tysięcy lat. I miał mnóstwo czasu na wprawienie się w panowaniu nad nimi.
Musiała się uczyć. W jednej chwili dotarło to do niej wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Zamknęła oczy. Była zmęczona. Nie fizycznie, ale psychicznie. Zazdrościła ludziom. Chciała spać.
Alec przytulił siostrę. Nie czuł się lepiej niż ona, ale musiał być silny. Musiał ją wspierać. Bał się Feliciano. Nienawidził Feliciano. Chciał go zabić. Chciał się zemścić. Ale wiedział, że teraz najważniejsze jest, żeby był przy Jane. Potrzebowała go.
Przypomniał sobie o prośbie Ameriga. Musiał kogoś wysłać. Najlepiej człowieka z listem. Człowiekowi nic nie zrobi...

Kajusz nagle otworzył oczy. Szybko podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na braci.
- Co się właściwie stało?
- Feliciano wrócił... - powiedział Marek po krótkim milczeniu.
- Ale... ale przecież widziałem jak go zabijacie...
- Feliciano... jest potężny. Bardzo potężny. Dobrze o tym wiesz - odezwał się Aro.
- Śledził Jane. Chciał odebrać jej moc - stwierdził Marek.
- Dar - poprawił go Aro. - Chciał odebrać Jane dar, a nie moc...
- Tak, tak - Marek chyba nawet nie słuchał brata. Martwił się. Feliciano odszedł. Na razie. Ale wróci. A za każdym razem będzie gorzej.
Kajusz siedział bez ruchu. Marek nad czymś się zastanawiał. Czymś się martwił. I prawdopodobnie miało to związek z nim. A to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.

Alec stał przed tronami. Z zniecierpliwieniem czekał, aż Trójca się pojawi. Po kilku minutach do sali weszli Aro i Marek.
- O co chodzi? - zapytał Marek.
- Chodzi o... - Alec wziął głęboki wdech. - Matka Thomasa to łowczyni. Prawdopodobnie bardzo dobra łowczyni. Ale z Felicino nie ma szans. Obiecałem Amerigo, że wyślę kogoś, kto przekaże jej, kto zabił jej syna. Kogoś kto poda imię wampira. Ale nie Feliciano.
Aro pokiwał głową. Naprawdę chciał mieć to za sobą. Widział wszystko. A ból tego chłopca wręcz czuł.
- Spokojnie, załatwię to.
Alec spojrzał mężczyźnie w oczy. Nie był pewny, co tam zobaczył, ale wiedział, że może już być spokojny. Ukłonił się i pobiegł do siostry.
Na nic nie zwracał uwagi. Obiecał, że załatwi wszystko najszybciej jak się da, że do niej wróci. Delikatnie otworzył drzwi. Leżała skulona na łóżku. Oczy miała zaciśnięte, jasne włosy opadały jej na twarz. Wyglądała tak bezbronnie, tak niewinnie, tak słabo. Podszedł i ją przytulił.
Nagle okno się otworzyło i do rodzeństwa dotarł kuszący zapach ludzkiej krwi. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany na czarno.
- Witam, nazywam się Feliciano. Wy jesteście Alec i Jane Thomson?





Przepraszam, przepraszam... znowu długo czekaliście na tak krótki i kiepski rozdział. Postaram się napisać następny szybciej i lepiej.
No i mam nadzieję, że ktoś jeszcze to czyta...


czwartek, 7 listopada 2013

Rozdział 30

Feliciano powoli ruszył w stronę blondynki. Dziewczyna użyła na nim swojego daru, jednak nie przyniosło to żadnego efektu. Alec złapał mężczyznę za bark i sprawnym ruchem powalił na ziemię. Blondyn próbował się podnieść, lub odepchnąć chłopaka, jednak nie dało to żadnego rezultatu. Nagle Alec zwolnił uścisk. Mężczyzna wykorzystał okazję i wstał, praktycznie jednocześnie odpychając chłopaka jak najmocniej. Wzrok Jane podążył za bratem, który wpadł na drzewo, łamiące się pod wpływem siły uderzenia. Z rąk chłopaka zaczęła wydobywać się czarna mgła. Po kilku sekundach otoczyła Feliciano, który na chwilę się się zatrzymał, ale już po chwili otrząsnął się. Z uśmiechem ruszył w stronę Aleca. Szatyn nie mógł się ruszyć, jakimś cudem ciężar drzewa był dla niego zbyt wielki. Wprawdzie był wampirem, co gwarantowało super siłę i takie tam, ale nie był w stanie z tego skorzystać. Po tym, jak powalił blondyna, poczuł dziwną energię wytryskającą od niego. Prześwietlającą go na wskroś i szukającą czegoś. Kiedy to znalazła, ścisnęła mocno, powodując dziwne uczucie osłabienia... fizycznego. Co dziwne, jego dar wciąż działał... ale najwyraźniej niezbyt skutecznie.
- Hmm... masz bardzo ciekawy dar. - Feliciano kucnął przy Alecu uważnie się w niego wpatrując. - Może dobijemy targu. Nie skrzywdzę twojej siostry, ani tamtych ludzi, a ty, w zamian, dasz mi swój dar. Tobie nic się nie stanie. Poczujesz jakiś tam ból, a potem będzie normalnie. Jedyną różnicą będzie to, że z twojego daru będę mógł korzystać ja. Tylko i wyłącznie ja.
- Zgoda... ale żebyśmy się jasno zrozumieli. Mówiąc nie skrzywdzisz, masz na myśli; nie zabijesz, nie uderzysz, nie zranisz, nie odbierzesz daru, nie skrzywdzisz nikogo im bliskiego... - Alec obserwował, jak uśmiech powoli znika z twarzy blondyna.
- Nie – odezwał się wreszcie. - To oznacza, że pozwolę im żyć. Na nic więcej nie masz co liczyć.
- W takim razie... nie ma mowy, żebym oddał ci dar.
- Miałem nadzieję, że to powiesz. Thomas jest ranny, prawda? Ciekawe, co by się stało, gdyby jeszcze coś mu rozciąć? Chyba to sprawdzę – ostatnie zdanie zostało wypowiedziane tak cicho, jakby mówił to do siebie, jednak ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że było to zawiadomienie. Feliciano odwrócił się tyłem do Jane i pobiegł w kierunku domu. Blondynka nie namyślając się ruszyła za nim. W myślach przeklinała Demetriego i Feliksa. W sumie to Heidi i Renatę też. Głównie Renatę. W końcu, jeśli objęłaby tarczą Aleca, to cała ta sytuacje wyglądałaby inaczej.
Nie minęła nawet minuta, a Jane stała już w swoim pokoju. Tylko w jej pokoju było otwarte okno. Feliciano też musiał tędy wejść. Czuła jego zapach. Wyszła na korytarz i od razu skierowała się do pokoju Thomasa. Nagle poczuła obok siebie zapach...
- Dem! Wcześniej to się ruszyć nie mogłeś?!
- Nie, nie mogłem. Wyobraź sobie, że ten cały Feliciano ma wiele różnych darów i …
- I co? Bałeś się?!
- Cicho bądź! Jeszcze nas usłyszy.
- I tak wie, że tu jesteśmy. A teraz lepiej się pospiesz. Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu... - Jane otworzyła drzwi do pokoju Thomasa. Kiedy tylko to zrobiła, w całym domu rozległ się wrzask. Krótki i pełen rozpaczy wrzask Jane. Na łóżku leżał chłopak, a raczej jego ciało... resztki jego ciała. Głowa z szeroko otwartymi oczyma leżała na poduszce. Ustawiona tak, że jego niewidzące oczy patrzyły wprost na drzwi. Ręce i jedna noga uparcie trzymały się tułowia. Jane nie mogła oderwać wzroku od ciała. Nagle jednak usłyszała gwałtowne wciągnięcie powietrza. Spojrzała na mężczyznę, który przyszedł z nią. Jego oczy stały się czarne, mimo że kilka minut wcześniej były czerwone. Złapała go za rękę i ścisnęła mocno. Demetri najwyraźniej oprzytomniał, bo z jego oczu zniknęła żądza krwi, pragnienie.
- Podoba ci się? - Feliciano uśmiechnął się słodko do Jane. Blondynka podeszła do niego i rzuciła mu wściekłe spojrzenie, a następnie użyła daru. Włożyła w to całą swoją siłę, wściekłość, gniew i żal. Mężczyzna wrzasnął z bólu, a po sekundzie padł na kolana. Wrzeszczał, jednak to nie przynosiło mu ukojenia. Po kolejnych sekundach już nie klęczał, a leżał, wił się po podłodze ciągle wrzeszcząc z bólu.
- Thomas!!! - kolejny wrzask rozbrzmiał w pokoju. Krzyki obudziły Ameriga, który jak najszybciej wbiegł do pokoju syna. Jednak to co tam zobaczył... Mężczyzna nie zwracał uwagi na Jane, Demetriego czy Feliciano. Drżąc szedł w stronę łóżka, najwyraźniej nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
- Jane! - w domu rozległ się krzyk trzech wampirów. Po chwili wszyscy znaleźli się w odpowiednim pokoju. Renata próbowała ruszyć Jane, jednak ta stale ją odpychała, nie wypuszczając Feliciano spod władzy swojego daru.
- Trzymajcie go! - Heidi spróbowała przekrzyczeć wyjącego Feliciano. - Dem! Feliks! Ruszcie się!
Po niecałej minucie Feliciano był przytrzymywany przez dwóch mężczyzn w ten sposób, ze nie mógł się ruszyć. W tym czasie Heidi uspokajała Jane. W końcu blondynka wypuściła wampira spod wpływu daru.
- Zabijcie go... - spod jednej ze ścian rozległ się ciężki od emocji głos. Głos Amerigo. Renata pokiwała głową.
- Zaprowadźcie go do jadalni... tu jest za mało miejsca – rozkazała ,,tarcza” ruszając jako pierwsza. Dwaj kolejni, ze straży Volturi, trzymając Feliciano, ruszyli za nią. Jednak nie będąc pod wpływem daru Jane, blondyn był silny. Bardzo silny. Dwójka wampirów nie stanowiła dla niego problemu. Feliciano był starym, doświadczonym wampirem. Był starszy od Trójcy, a nawet od Rumunów. Kiedy tylko doszli do jadalni, stanowczym i nagłym ruchem przewrócił trzymających go mężczyzn i uciekł.
Feliciano pragnął daru Jane, jednak nie był głupi. Gniew, nienawiść i żal dały jej zbyt dużo siły. Nie uśmiechało mu się ponownie zostać królikiem doświadczalnym. Jej dar był niespotykanie silny. Człowieka zabiłby na pewno, a wampira... no cóż, zwykłego, niedoświadczonego wampira również. Dar Jane nie działał wówczas jedynie na płaszczyźnie psychicznej, ale i fizycznej. To odrobinę zaniepokoiło mężczyznę. Przecież ją obserwował. Jak mógł nie zauważyć, ze jej dar nie jest czysto mentalny? Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym więcej miał pytań. Ale nie przeszkadzało mu to. Lubił zagadki. A Jane była największą z jaką miał kiedykolwiek do czynienia. Uśmiechnął się do siebie. Takie zagadki wymagają czasu, a on jest cierpliwy. Bardzo cierpliwy.

- Jak to uciekł?! - w całym domu rozbrzmiał krzyk Jane
- On jest silny. Ma wiele darów, nie byliśmy w stanie nic zrobić... - tłumaczył się Demetri.
- Trzeba było zostawić go Jane. Wykończyłaby go - usłyszeli cichy głos. Amerigo wyszedł z pokoju syna, ale po jego policzkach nadal spływały łzy. - Idźcie stąd. Moja żona was zabije. Nienawidzi was tylko dlatego, że istniejecie. Stwierdzi, że to przez was Thomas nie żyje...
- Bo to prawda - powiedział cicho Alec, a siostra pokiwała głową.
- Może. Ale, jakby nie patrzeć, jesteście moją jedyną rodziną. Teraz, kiedy... - Amerigo wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić, ale na niewiele o się zdało. Po jego policzkach pociekły kolejne łzy. - Nieważne, że jesteście wampirami. Wiedziałem to od samego początku. Ale zaufałem wam...
- Może nie powinieneś - szepnęła Jane, a jej oczy stały się suche. - Może wtedy Thomas by żył?
- Może. Ale nigdy się nie dowiemy. Może i tak by nas zaatakował? Feliciano to groźny przeciwnik. Mało komu udaje się przeżyć spotkanie z nim. Mi się udało po raz kolejny, a Thomasowi... On nie miał tle szczęścia. - Mężczyzna usiadł na schodach i ukrył twarz w dłoniach. - Mam do was tylko jedną prośbę. Kiedy wróci moja żona... przyślijcie tu kogoś i powiedzcie, że zrobił to Eryk. 
- Czemu? - zapytała Renata
- Bo jego będzie w stanie zabić. A Feliciano jest dla niej za silny. Nawet łowcy mają swoje granice...
- Łowcy? - cztery głosy zadały to pytanie jednocześnie. Alec i Jane nie pytali. Babcia im o nich opowiadała. A właśnie babcia. Ostatnio nie odzywała się do Jane, a jeśli już, to cicho, słabo. 
- Idźcie już. Proszę... - mężczyzna walczył z sobą przez chwilę, a potem dodał niepewnie - Alec, Jane, przyjdźcie na jego pogrzeb. Tylko... trzymajcie się daleko, nie chcę by wam, lub mojej żonie stała się krzywda.
Szóstka wampirów w ciszy opuściła dom. Oczy Aleca i Jane były suche, nie patrzyli na drogę. Cały czas ktoś ich prowadził. Oboje obiecali sobie jedno. Zabiją Feliciano. Ale nie teraz. Teraz nie mieli sił. Nikt nie miał sił. Jakby ktoś wyssał z nich całą energię... 


Hej!
Nie spodziewaliście się takiego zakończenia, co? Ja w sumie też nie. Po prostu tak wyszło. Stwierdziłam, że Jane nie może mieć zawsze łatwo i przyjemnie. Byłoby nudno, nie sądzicie? Tak sobie myślę, że ten rozdział jest za krótki. po tak długiej nieobecności powinnam wstawić coś dłuższego, ale...  ale nie wyszło. Napisałam tle i jestem szczęśliwa... teoretycznie. Bo mam jeszcze napisać coś na natalieblack.blogspot.com. Chcę to zrobić dzisiaj, bo potem najdzie mnie pan Leń i nic nie wyjdzie. 
Pozdraiwam, 
Aga ;)

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział 29

Rozdział 29
Po obiedzie Thomas na chwilę się obudził. Jane próbowała wmusić w niego kawałek zapiekanki, ale chłopak nie chciał jeść. Ostatecznie wypił tylko szklankę wody i zasnął. Alec chciał wypytać, czy widział, co go zaatakowało, ale kiedy tylko otworzył usta, Jane wyprosiła go z pokoju. 
Thomas spał do kolacji. Kiedy się obudził, był trochę głodny, co Jane uznała za dobry znak. Dziewczyna od razu poszła do kuchni i w nienaturalnie szybkim tempie ugotowała rosół. Z uśmiechem wlała go do miski i zaniosła do pokoju Thomasa. Amerigo wziął od niej miskę i zaczął karmić syna. 
-Chodźmy.-szepnął Alec do siostry i po chwili razem wyszli z pokoju.
-O co chodzi?-zapytała blondynka, gdy tylko znaleźli się w jadalni.
-Nie wiem co się dzieje. Kiedy doszedł do mnie zapach krwi Thomasa... myślałem, że się na niego rzucę, ale kiedy go zobaczyłem... ehhh.... nie wiem jak to nazwać. Opanowałem się? Razem z Amerigiem nieśliśmy go tutaj... a ja... nawet nie czułem jego krwi. Znaczy czułem, ale nie była jakaś pociągająca. A potem tutaj... tak samo. Czułem pragnienie, ale nie chciałem wypić jego krwi... a może chciałem, tylko...-Alec mówił nieskładnie, wręcz panikował. Widać i słychać było, że ma zamęt w głowie. 
-Alec, uspokój się.-powiedziała Jane-Ja miałam tak samo... znaczy prawie tak samo. Sądzę, że to jego dar. U nas w rodzinie silne dary to nic niezwykłego, prawda?
-Tak, masz rację. Po prostu...
-Rozumiem. Byłeś zaskoczony i nie wiedziałeś co o tym myśleć. Pewnie czułabym się tak samo, gdyby nie fakt, że miałam co innego na głowie.
-Fakt, musiałaś go opatrzyć... 
-Nie o to chodziło, nie tylko o to. Chodzi mi o to, kto go zaatakował. 
-Aaaa...
-Właśnie. Dziś w nocy pójdziemy do lasu... może coś znajdziemy.
-Kiedy go znaleźliśmy...-Alec wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, nie dało to jednak efektu.-Nie wyczułem zapachu żadnego wampira... ani człowieka, wilkołaka, zmiennokształtnego, zwierzęcia. Tylko Thomasa i jego ojca. Zupełnie jakby ktoś wyczyścił tamto miejsce z zapachów. 
-Może to Thomas?-zaproponowała dziewczyna-Jeśli był w stanie zatuszować zapach swojej krwi, albo chociaż go zmienić, dlaczego nie miałby robić tak ze wszystkimi zapachami? Pewnie nieświadomie je usunął. 
-Więc co zrobimy?
-Pokręcimy się w pobliżu tego miejsca. Wydaje mi się, że w końcu trafimy. 
-Dobrze. 
Kilka godzin później rodzeństwo włożyło peleryny i wyszło do lasu. Jane z uśmiechem wdychała nocne powietrze. Zawsze lubiła zapach lasu, nawet jako człowiek, a nocą... aura tajemniczości dodawała uroku. Uśmiech jednak szybko zastąpił grymas gniewu. 
-Nie wierzę.-warknęła
-Co?
-Nie czujesz? Heidi? Demetri? Felix?
-Tak... co oni tu robią?-zdziwił się
-Skąd mam wiedzieć? Może staliśmy się potrzebni Aro?
-Jane... czy mi się wydaje, czy Renata też tu była?
-Renata? Przecież ona zawsze jest w pobliżu Aro.
-Właśnie. Więc albo to coś ważnego i tarcza była potrzebna, albo trójca również przybyła.
-Ale w takim razie, gdzie oni są?
-Chyba trzeba ich poszukać.-stwierdził Alec zrezygnowanym tonem. 
-Nie mamy większego wyboru. A zresztą ich zapach czujemy.
Rodzeństwo nie spiesząc się zbytnio ruszyło za dobrze znanym zapachem wampirów. Po ok. piętnastu minutach  znaleźli całą czwórkę. Heidi i Renata obserwowały Dema i Felixa, którzy się bili. Jane również spojrzała na nich. Tropiciel podciął przeciwnika, który wylądował plackiem na ziemi. Felix jednak podniósł się tak szybko, że Demetri nie zdążył zareagować. Nagle obaj rzucili się na siebie i przez chwilę tarzali po ziemi. 
-Co im odbiło?-zapytała szeptem Jane
-Nie mam pojęcia.-odparła Renata-Jakieś pół godziny temu stwierdzili, że chcą poćwiczyć. Od tamtej pory okładają się pięściami, kopią albo tarzają po ziemi. 
-Ćwiczą.-stwierdził Alec-W Volterze starają się zachowywać bardziej... cywilizowanie. Ale teraz... 
-Teraz wyszli z zamku więc im odbiło?-zasugerowała Jane
-Hmm... tobie też odbiło jak wpadłaś na pomysł, żeby pójść na wycieczkę... chociaż w sumie może po prostu się upiłaś. Ciągle nie jestem pewny.
-Wampiry mogą się upić?-zdziwiła się Renata, na co rodzeństwo zareagowało śmiechem
-Zapytaj... Kajusza...-wyjąkała Jane, a Dem i Felix, którzy przestali się bić, próbowali dowiedzieć się co takiego ich ominęło. Kiedy w końcu Alec się uspokoił (Jane nadal to nie wychodziło), opowiedział im o rozmowie, która miała miejsce w Volterze. 
-Zapytać Kajusza, czy wampiry mogą się upić... Chciałbym to zobaczyć.-stwierdziła Heidi z uśmiechem, ale zaraz spoważniała.
-Aro, a raczej Marek nas u wysłał...-Renata najwyraźniej również przypomniała sobie o celu ich wizyty.-Z Kajuszem dzieje się coś dziwnego. Podobno jest pewien wampir który mógłby do tego doprowadzić...
-I Marek podejrzewa, że on jest tutaj?-zdziwiła się Jane
-Tak, bo widzicie, według słów Ara, to Kajusz powiedział, że jesteś celem.
-Jak to?
-Tamten wampir... on zabiera dary. A ty jesteś... bardzo utalentowana. 
-Ale dlaczego ona, a nie ja?-zapytał Alec
-Bo Feliciano nigdy... prawie nigdy nie odbiera daru mężczyznom.-westchnęła Heidi-Zanim wyjechaliśmy Marek opowiedział mi o nim. On nie tyle odbiera, co go przyjmuje.
-No to nie ma problemu.-stwierdziła Jane-Nie mam zamiaru dać mu daru.
-To nie takie proste. Zwykle rozkochuje w sobie kobietę, a kiedy ta ma wrażenie, że nie może bez niego żyć... 
-Każe jej wybierać.-dokończyła Renata-Mam rację? Albo dar, albo on, co chce zatrzymać?
-Dokładnie. Ale według Marka, Jane jest za młoda...-stwierdziła Heidi, ale kiedy napotkała spojrzenie blondynki natychmiast się poprawiła.-Zostałaś zmieniona w zbyt młodym wieku. Feliciano spróbuje wymusić to na tobie w inny sposób. Pewnie tak jak próbował z Aro...
-Chciał odebrać dar Ara?-Demetri zdziwił się
-Tak. Zrobił coś Kajuszowi... Aro prawie się poddał...
-Prawie? Czyli jednak go pokonali?
-Oczywiście, że nie. Mnie nie da się pokonać.-usłyszeli melodyjny głos mężczyzny. Spokojny, wesoły, miły... Z drzewa zeskoczył jasnowłosy wampir. Wyglądał na ok. 20 lat, miał miłą twarz, ale jego oczy były zimne i bezlitosne. Jane bezwiednie cofnęła się o krok.




Ehh... rozdział miał pojawić się wcześniej, ale cóż... Mam nadzieje, że się podoba.

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział 28

Rozdział 28
Jane stała nad garnkiem i wpatrywała się w niego pustym wzrokiem. Nie gotowała od stu lat, więc nic dziwnego, że nie bardzo wiedziała jak się do tego zabrać. Chociaż w sumie może chodziło o to, z czego ma coś ugotować. Zapasy były, delikatnie mówiąc, małe. Dziewczyna westchnęła i wlała do garnka trochę wody. Szczerze mówiąc zaczynała żałować, ze poprzedniego dnia obiecała zająć się gotowaniem.
-Ciekawe co mi wyjdzie.-stwierdziła, a po chwili do gotującej się wody wrzuciła kawałek jakiegoś mięsa. Nagle usłyszała czyjeś kroki. Szybko zapaliła ogień, wcześniej nie był jej potrzebny, ale nie mogła pozwolić, żeby ktoś zobaczył jak gotuje coś bez użycia ognia. Do kuchni wszedł Amerigo.
-Jane! Przygotuj czystą wodę i materiał!-krzyknął
-Co się stało?
-Thomasa coś zaatakowało w lesie. Ma rozcięty prawy bok.-Jane zareagowała błyskawicznie. Wbiegła do kuchni w prawie wampirzym tempie, zdjęła z ognia kociołek i postawiła drugi, do którego wlała wodę. Potem poszła do pokoju Thomasa i porwała jego dwie koszule. Stwierdziła jednak, że nie da się zrobić z nich bandaża. Miała pójść poszukać czegoś  co by się nadawało, ale usłyszała, że przynieśli, nieprzytomnego już, Thomasa. Kilka sekund później była w jadalni.
-Alec, weź moją pelerynę i połóż na stół. Potem połóżcie tam Thomasa.-kiedy mężczyźni wykonali polecenia podeszła do chłopaka i delikatnie rozerwała koszulę.-Nie wygląda to dobrze. Alec idź po wodę do kuchni. Amerigo przygotuj dla niego łóżko i znajdź jakieś bandaże.
-Nie mamy...
-To znajdź coś, czym będziemy mogli je zastąpić.-powiedziała twardo Jane
-Jest woda.
-Dobrze.-dziewczyna zanurzyła skrawek materiału w wodzie a po chwili delikatnie oczyszczała ranę.
-Co z nim?
-Alec! Idź poszukaj czegoś, z czego da się zrobić bandaż.-rozkazała bratu, nie przerywając swojego zajęcia. Kiedy oczyściła ranę, zobaczyła, że sam bandaż nie wystarczy. Chłopak miał rozciętą nie tylko skórę ale i mięśnie. Nie była pewna co do stanu żeber. Wiedziała jednak, że jeśli są połamane, to nie będzie w stanie mu pomóc. Chociaż... Jane powoli położyła jedną rękę na serce chłopaka, drugą tamując krwawienie, i przymknęła oczy.
-Znalazłem!-w domu rozbrzmiał głos Ameriga, a po chwili blondynka mogła go zobaczyć.
-Bandaże nie wystarczą. Ranę trzeba będzie zszyć. Inaczej się nie zagoi.
-Zszyć?!
-Tak.
-Nicią i igłą?
-Tak.
-Ty to zrobisz?
-Tak. Dam sobie radę. Znajdź tylko dużą igłę i nić. Najlepiej grubą.-powiedziała, a po chwili Ameriga już nie było. Jane nadal tamowała krwawienie, kiedy podszedł do niej Alec.
-Co z nim?
-Wyjdzie z tego. Pewnie będzie miał jakieś problemy zdrowotne, ale przeżyje.
-Nie ma połamanych żeber?
-Nie ma, sprawdziłam już wcześniej.
-To nie było zwierzę. To cięcie jest...
-Wiem. Nie poszarpane, ciało zostało idealnie przekrojone. Pytanie tylko czym.
-Mieczem?-zaproponował Alec
-Wątpię. Wyczulibyśmy człowieka. Może to wampir... Znalazłeś?
-Tak.-odparł mężczyzna i podał wampirzycy nić i igłę. Kiedy Jane nawlekała nić zastanawiała się, jakim cudem jej dłoń nie drży. Po chwili doszła do wniosku, że to przez wampiryzm. Kiedy wszystko było przygotowane przymknęła oczy i zawołała babcię.
-Jak?
-Przecież wiesz. Pokazywałam ci.-usłyszała 
-Ale...
-Dasz sobie radę.-powiedziała babcia i zerwała kontakt.
Jane przywoła wspomnienie, kiedy babcia zszywała rękę sąsiada. Po chwili otworzyła oczy i przesunęła palcem po igle, a następnie nitce. Ani Alec, ani Amerigo nie mieli pojęcia jak się powinno do tego zabrać więc nic nie mówili. Blondynka zdecydowanym ruchem wbiła igłę. Z ust Thomasa wydobył się krzyk.
-Alec, trzymaj go. Muszę być dokładna.
-Rób to szybciej.-powiedział Alec tak cicho, że usłyszała go tylko wampirzemu słuchowi. Postanowił dostosować się do rady brata. W wampirzym tempie wbiła igłę po raz drugi. Jane skończyłaby po niecałej minucie, ale przed każdym wbiciem igły musiała upewnić się, że robi to prawidłowo.
-Podaj bandaż.-powiedziała, a po chwili w jej ręce znajdowało się... coś co najwyraźniej miało robić za ten bandaż. Delikatnie owinęła chłopaka.
-Skończyłaś?
-Tak. Teraz trzeba położyć go do łóżka.
-Martwisz się czymś.-powiedział Amerigo kiedy spojrzał w jej, na szczęście już całkowicie czarne, oczy.
-Tak, boję się, czy nie wda się zakażenie. Wprawdzie oczyściłam ranę, ale mogłam czegoś nie zauważyć.-gładko skłamała Jane-Ale zamartwianie się na nic się nie zda. Lepiej poczekać do jutra. Więc wy zanieście go do łóżka, a ja coś ugotuję. W końcu zbliża się pora obiadu.
Blondynka szybkim krokiem ruszyła w stronę kuchni. Martwiła się. Jeżeli Thomasa zaatakował wampir, może spróbować jeszcze raz. Ale tak właściwie dlaczego go zaatakował? Dlaczego nie zabiło go na miejscu?-na te pytania Jane nie znała odpowiedzi. Postanowiła więc skupić się na przygotowaniu obiadu... kolacji. Spojrzała na wszystko co wyjęła ze spiżarni.
-Może zapiekanka? Babcia robiła pyszną, chyba nawet pamiętam przepis.-powiedziała sama do siebie. Po chwili uśmiechnęła się i zaczęła robić sos. Nie zauważyła pary oczu przyglądających się jej z zainteresowaniem.
W VOLTERZE
-Marek! Chodź szybko!-krzyk Ara usłyszał chyba cały zamek
-O co chodzi?
-Nie wiem. Coś nie tak z Kajuszem. Wygląda jak... jakby miał stracić przytomność.
-Gdzie on jest?-w głosie Marka można było usłyszeć zaniepokojenie
-W swojej komnacie.
Bracia ruszyli w wampirzym tempie i już po chwili znaleźli się w komnacie blondyna. Mężczyzna leżał na łóżku, miał rozproszony wzrok i wydawał się nie słyszeć głosu żony.
-Jest z nim coraz gorzej.-oczy Athenodory były suche. Marek podszedł do łóżka i spojrzał na twarz najmłodszego brata.
-To niemożliwe.-szepnął
-Jane... jest... celem.-wychrypiał na wpół świadomy Kajusz, po czym zamknął oczy.
-Aro, wyślij Feliksa, Demetri'ego i Renatę do Jane i Aleca. I może jeszcze Heidi. Feliciano się jej nie oprze.
-Feliciano nie żyje! Od 400 lat!
-A czy znasz kogoś innego kto potrafiłby doprowadzić Kajusza do takiego stanu?-zapytał ostro Marek
-Sam go podpaliłem!
-Rumuni też twierdzili, że widzieli jego śmierć. A Stefan zarzekał, że go podpalił! Nie mam zamiaru ci tego znowu tłumaczyć. Zrób co mówię.-ostatnie zdanie nie było prośbą, lecz rozkazem. Rozkazem który Aro wykonał od razu.
-Może Marek znowu będzie sobą.-powiedział Aro z nadzieją biegnąc przez zamek. Nie żeby nie pasowało mu rządzenie. Po prostu nie mógł patrzeć na brata pogrążonego w melancholii, a na dodatek ciągle wysłuchiwać, że to jego wina. Oczywiście nie wypominał mu tego Marek. I to było dla niego najgorsze.
-Felix!-wręcz krzyknął Aro kiedy zauważył przechodzącego wampira-Za pięć minut chcę widzieć ciebie, Demetriego, Renatę i Heidi w sali tronowej.
-Oczywiście, panie.-mężczyzna ukłonił się i pobiegł szukać wyznaczonych osób.



Rozdział nie jest długi, ale mam nadzieję, że na razie wystarczy. Ponieważ poprawianie ocen wreszcie się skończyło mogę wziąść się za pisanie. Miałam napisać go wczoraj, ale postanowiłam posprzątać w pokoju. A potem zaczęłam pisać rozdział na natalieblack.blogspot.com Postaram się skończyć go jeszcze dzisiaj. Następny rozdział na tym blogu pojawi się za tydzień... lub dwa. Wszystko zależy od pogody :)