piątek, 31 stycznia 2014

Zawieszenie

Hej!
Jak sam tytuł wskazuje, z wielką przykrością zawiadamiam, że muszę zawiesić swoje opowiadanie. Ostatnio mam trochę problemów, a moja wena pojechała na wakacje i niestety nie ma zamiaru do mnie wrócić. Tak więc uznałam, że zawieszenie tego opowiadania to najlepsze co mogę zrobić. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie.

fala1

Ps. Od razu zaznaczam, że nie wiem kiedy i czy wrócę.

czwartek, 26 grudnia 2013

Wszystkiego najlepszego!

Moi kochani, witam was i składam życzenia!
Wesołych świąt i zdrowia, szczęścia, pomyślności i miłości w nadchodzącym roku!
Z okazji świąt postanowiłam napisać wam... coś. Nie rozdział (mimo, że powinien się pojawić), ale coś związanego z tym opowiadaniem, z tą historią. Na początku myślałam, nad napisaniem czegoś całkowicie niezwiązanego z tematem, ale... ale nie wyszło i dostajecie to. Koniec kropka.

Ciemnowłosy mężczyzna wyszedł z zamku. Z uśmiechem spojrzał w niebo. Miliony gwiazd świeciło w górze. Mężczyzna nasunął kaptur na głowę i ruszył w ciemne uliczki. W domach, mimo późnej godziny, były zapalone świece, nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na dzień. Dwudziesty piąty grudnia. Mężczyzna szedł dalej szybkim krokiem. Z niektórych domów wychodzili ludzie. Pewnie szli do domu położyć spać dzieci, żeby potem wrócić do krewnych i się dalej bawić. Nikt nie zwracał uwagi na postać w płaszczu. Mężczyzna w końcu dotarł do celu, którym był mały domek na końcu ulicy, tuż przy lesie. Wszedł do środka i zobaczył piętnastoletnią dziewczynę.
- Marek! Już się bałam, że nie przyjdziesz! - powiedziała uśmiechnięta dziewczyna. Mężczyzna w pierwszej chwili odetchnął z ulgą, że ona naprawdę tu jest, jednak po chwili coś sobie uświadomił.
- Nie przedstawiałem ci się.
- Wiem. Ja tobie również nie.
- Ale skoro ty znasz już moje imię, to może wyjawisz mi swoje? - zapytał, jednak dziewczyna przecząco pokręciła głową.
- W swoim czasie... a tak właściwie, to co ja tutaj robię?
[Dzień wcześniej]
Noc. Mężczyzna w płaszczu jak co roku opuścił zamek i ruszył w kierunku lasu. Ruszył przez rynek i biedniejsze uliczki. Nagle z jednego domu wypadła młoda dziewczyna. Najwyraźniej ktoś ją wypchnął. Dziewczyna ubrana była tylko w cienką koszulę nocną. Rozpłakała się. Po chwili jednak otarła oczy i rozejrzała się. Gdy tylko zobaczyła mężczyznę podbiegła do niego i mocno przytuliła.
- Bałam się, że cię nie znajdę - wyszeptała
- Musiałaś mnie z kimś pomylić... ja cię nie znam - odparł mężczyzna odrobinę zaskoczony zachowaniem nieznajomej dziewczyny.
- Jeszcze. Jeszcze mnie nie znasz. Ale to się zmieni.
- Dlaczego nie jesteś w domu?
- Wyrzucili mnie. Myślą, że jestem wariatką.
- A jesteś? - zapytał mężczyzna
- Nie. Nie zwariowałam. Po prostu cię szukałam - powiedziała najspokojniej w świecie dziewczyna. Mężczyzna dotknął jej dłoni. Przeraźliwie zimnej, ale ludzkiej. Miękkiej i delikatnej. Wciągnął powietrze. Razem z tlenem, zapachem lasu, domów, ludzi dotarł do niego jej zapach. Delikatny i kuszący. Ludzki.
- Musi ci być zimno. Chodź ze mną - powiedział praktycznie wbrew sobie, ale dziewczyna pokiwała głową. Ruszyli. Doszli do ostatniego domu na tej uliczce. Opuszczonego domu. Mężczyzna otworzył drzwi i wpuścił ją do środka. Drżała. Mężczyzna zaczął przeklinać w duchu swoją głupotę. Zdjął płaszcz i jej podał. Dziewczyna przyjęła go z wdzięcznością i szybko włożyła. Dopiero wtedy mógł się jej przyjrzeć. Dość wysoka, drobna, miała długie, jasne włosy, mały nos, delikatne usta, zaczerwienione policzki i oczy... dwukolorowe. Mężczyzna wpatrywał się w nie z niedowierzaniem. Prawe oko było zielone. Zwykłe zielone oko, ale lewe... jej lewe oko było czarne. Nie ciemno-brązowe, jakie mają niektórzy ludzie, ale czarne, jak bezgwiezdna noc, jak węgiel, jak... Dziewczyna, kiedy tylko zauważyła, że mężczyzna wpatruje się w jej oko, natychmiast zasłoniła je grzywką. Mężczyzna drgnął.
- Przepraszam... - westchnął.
- Nic się nie stało... po prostu nie lubię, gdy ktoś... - nie dokończyła, ale mężczyzna wiedział o co jej chodzi i pokiwał głową.
- Jest już późno. Powinnaś się położyć.
- Zostaniesz ze mną? Chociaż do świtu.
- Nie boisz się? - zdziwił się mężczyzna
- Nie. Gdyby tu był ktoś inny to może... ale ciebie się nie boję - wyszeptała
Dziewczyna ruszyła w stronę łóżka i położyła się, przykrywając się peleryną. Kilka minut później już spała. Mężczyzna z uśmiechem się jej przyglądał. Była naprawdę ładną dziewczyna... pewnie rodzina znalazła jej już kandydata na męża... a może nie. W końcu myślą, że jest wariatką.
Nagle dziewczyna zaczęła się kręcić. Mruczała coś, ale mężczyzna nie mógł zrozumieć co. Na jej twarzy pojawiły się kropelki potu. Mężczyzna próbował ją obudzić, ale nie był w stanie. W końcu się poddał. Dziewczyna złapała go za rękę i odrobinę się uspokoiła. Mężczyzna delikatnie głaskał ją po głowie. Leżała tak z godzinę, a potem zaczęła mu się wyrywać. Nagle krzyknęła i usiadła na łóżku. W jej oczach błyskały łzy. Przytuliła się do mężczyzny.
- Nie pozwól mu go zabić... nie pozwól - mówiła, a z jej oczu lały się łzy. W końcu, przytulona do niego zasnęła spokojnie. Nad ranem obudziła się.
- Muszę już iść. Przyjdę wieczorem... i przyniosę ci coś do jedzenia. - wyszeptał i wyszedł.
[Dwudziesty piąty grudnia]
- A... tak, już pamiętam. Nie martw się. To był mój ojczym. Mama jest u siostry, a ja musiałam zostać. Ojczym... on już od dawna chce się mnie pozbyć, ale mama nie pozwala. Dobrze, że na ciebie trafiłam. Mama wraca dopiero jutro.
- Czyli ten ojczym... co jakiś czas wyrzuca cię z domu? I ty mówisz o tym tak spokojnie? - zdziwienie Marka zdawało się nie mieć granic.
- No... tak. Mniej więcej... z tego co pamiętam miałeś przynieść coś do jedzenia - dziewczyna szybko zmieniła temat.
- Tak. Mam coś. - powiedział i wyszedł na chwilę z domu. Kilka sekund później był z powrotem. Przyniósł chleb, szynkę i wodę. - Mam nadzieję, że jest tu jakiś kubek... - westchnął wskazując na wiaderko.
- Jest, jest.
Kiedy dziewczyna się najadła Marek postanowił poruszyć nurtujący go temat.
- Co ci się wczoraj śniło?
Z ust dziewczyny momentalnie zniknął uśmiech.
- Ja... ja nie chcę o tym mówić, dobrze? - Marek nie miał zamiaru odpuszczać, ale jedno spojrzenie w jej wyjątkowe oczy sprawiło, że zmiękł.
- Dobrze, skoro tak chcesz.
Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła i przytuliła do Marka. Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich kobieta, wyglądająca na jakieś trzydzieści parę lat.
- Mamo! Wróciłaś wcześniej! - dziewczyna poderwała się i podbiegła do kobiety, żeby ją uściskać.
- Martwiłam się. Szukam cię już od dwóch godzin. Możesz mi wyjaśnić co robisz z tym mężczyzną? - ostatnie zdanie wypowiedziała ostrzej i tak zimno, że woda mogłaby zamarznąć.
- Pani mąż wyrzucił ją z domu, ja akurat przechodziłem obok. Moim obowiązkiem było dopilnować, by nic się jej nie stało, więc zaprowadziłem ją tutaj. Pani córka jest tu od wczorajszego wieczora, nie mogła wyjść na zewnątrz ze względu na strój, w jakim była zmuszona opuścić dom, więc przyniosłem jej jedzenie. Spędziła tu już dobę, w większości sama i była pewna, że pani dotrze do domu dopiero jutro, więc postanowiłem dotrzymać jej towarzystwa przez kilka godzin, a następnie zostawić, by mogła pójść spać - wyjaśnił chłodno, jednak uprzejmie Marek, a kobieta spojrzała na córkę, aby się upewnić, czy to prawda. Kiedy dziewczyna potwierdziła wersję mężczyzny, rysy kobiety złagodniały.
- Przepraszam, ale nie spodziewałam się znaleźć jej w towarzystwie jakiegokolwiek mężczyzny. Właściwie, to byłam pewna, że będzie sama. Mój mąż nie jest złym człowiekiem, ale denerwuje go fakt, że Didyme jest jeszcze panną. W każdym bądź razie bardzo panu dziękuję za opiekę nad moją córką, chciałabym się czymś odwdzięczyć, ale obawiam się, że nie mam czym... - zakończyła trochę speszona.
- Nie ma za co, naprawdę... A tak właściwie, to jeszcze się nie przedstawiłem. Marek Vol... Volpe - zająknięcie mężczyzny było praktycznie niezauważalne dla uszu człowieka.
- Anastasia  Brasi. Miło mi pana poznać i jeszcze raz dziękuję, za opiekę nad córką.
Marek wszedł do lasu i w wampirzym tempie ruszył przed siebie. Po jakiejś minucie dotarł na ,,swoją" polankę.
- Didyme... - powiedział cicho do siebie. - Didyme, coś mam wrażenie, że się jeszcze spotkamy.



No, mam nadzieję, że prezencik się podobał.
Pozdrawiam,
Agnes :)

czwartek, 7 listopada 2013

Rozdział 30

Feliciano powoli ruszył w stronę blondynki. Dziewczyna użyła na nim swojego daru, jednak nie przyniosło to żadnego efektu. Alec złapał mężczyznę za bark i sprawnym ruchem powalił na ziemię. Blondyn próbował się podnieść, lub odepchnąć chłopaka, jednak nie dało to żadnego rezultatu. Nagle Alec zwolnił uścisk. Mężczyzna wykorzystał okazję i wstał, praktycznie jednocześnie odpychając chłopaka jak najmocniej. Wzrok Jane podążył za bratem, który wpadł na drzewo, łamiące się pod wpływem siły uderzenia. Z rąk chłopaka zaczęła wydobywać się czarna mgła. Po kilku sekundach otoczyła Feliciano, który na chwilę się się zatrzymał, ale już po chwili otrząsnął się. Z uśmiechem ruszył w stronę Aleca. Szatyn nie mógł się ruszyć, jakimś cudem ciężar drzewa był dla niego zbyt wielki. Wprawdzie był wampirem, co gwarantowało super siłę i takie tam, ale nie był w stanie z tego skorzystać. Po tym, jak powalił blondyna, poczuł dziwną energię wytryskającą od niego. Prześwietlającą go na wskroś i szukającą czegoś. Kiedy to znalazła, ścisnęła mocno, powodując dziwne uczucie osłabienia... fizycznego. Co dziwne, jego dar wciąż działał... ale najwyraźniej niezbyt skutecznie.
- Hmm... masz bardzo ciekawy dar. - Feliciano kucnął przy Alecu uważnie się w niego wpatrując. - Może dobijemy targu. Nie skrzywdzę twojej siostry, ani tamtych ludzi, a ty, w zamian, dasz mi swój dar. Tobie nic się nie stanie. Poczujesz jakiś tam ból, a potem będzie normalnie. Jedyną różnicą będzie to, że z twojego daru będę mógł korzystać ja. Tylko i wyłącznie ja.
- Zgoda... ale żebyśmy się jasno zrozumieli. Mówiąc nie skrzywdzisz, masz na myśli; nie zabijesz, nie uderzysz, nie zranisz, nie odbierzesz daru, nie skrzywdzisz nikogo im bliskiego... - Alec obserwował, jak uśmiech powoli znika z twarzy blondyna.
- Nie – odezwał się wreszcie. - To oznacza, że pozwolę im żyć. Na nic więcej nie masz co liczyć.
- W takim razie... nie ma mowy, żebym oddał ci dar.
- Miałem nadzieję, że to powiesz. Thomas jest ranny, prawda? Ciekawe, co by się stało, gdyby jeszcze coś mu rozciąć? Chyba to sprawdzę – ostatnie zdanie zostało wypowiedziane tak cicho, jakby mówił to do siebie, jednak ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że było to zawiadomienie. Feliciano odwrócił się tyłem do Jane i pobiegł w kierunku domu. Blondynka nie namyślając się ruszyła za nim. W myślach przeklinała Demetriego i Feliksa. W sumie to Heidi i Renatę też. Głównie Renatę. W końcu, jeśli objęłaby tarczą Aleca, to cała ta sytuacje wyglądałaby inaczej.
Nie minęła nawet minuta, a Jane stała już w swoim pokoju. Tylko w jej pokoju było otwarte okno. Feliciano też musiał tędy wejść. Czuła jego zapach. Wyszła na korytarz i od razu skierowała się do pokoju Thomasa. Nagle poczuła obok siebie zapach...
- Dem! Wcześniej to się ruszyć nie mogłeś?!
- Nie, nie mogłem. Wyobraź sobie, że ten cały Feliciano ma wiele różnych darów i …
- I co? Bałeś się?!
- Cicho bądź! Jeszcze nas usłyszy.
- I tak wie, że tu jesteśmy. A teraz lepiej się pospiesz. Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu... - Jane otworzyła drzwi do pokoju Thomasa. Kiedy tylko to zrobiła, w całym domu rozległ się wrzask. Krótki i pełen rozpaczy wrzask Jane. Na łóżku leżał chłopak, a raczej jego ciało... resztki jego ciała. Głowa z szeroko otwartymi oczyma leżała na poduszce. Ustawiona tak, że jego niewidzące oczy patrzyły wprost na drzwi. Ręce i jedna noga uparcie trzymały się tułowia. Jane nie mogła oderwać wzroku od ciała. Nagle jednak usłyszała gwałtowne wciągnięcie powietrza. Spojrzała na mężczyznę, który przyszedł z nią. Jego oczy stały się czarne, mimo że kilka minut wcześniej były czerwone. Złapała go za rękę i ścisnęła mocno. Demetri najwyraźniej oprzytomniał, bo z jego oczu zniknęła żądza krwi, pragnienie.
- Podoba ci się? - Feliciano uśmiechnął się słodko do Jane. Blondynka podeszła do niego i rzuciła mu wściekłe spojrzenie, a następnie użyła daru. Włożyła w to całą swoją siłę, wściekłość, gniew i żal. Mężczyzna wrzasnął z bólu, a po sekundzie padł na kolana. Wrzeszczał, jednak to nie przynosiło mu ukojenia. Po kolejnych sekundach już nie klęczał, a leżał, wił się po podłodze ciągle wrzeszcząc z bólu.
- Thomas!!! - kolejny wrzask rozbrzmiał w pokoju. Krzyki obudziły Ameriga, który jak najszybciej wbiegł do pokoju syna. Jednak to co tam zobaczył... Mężczyzna nie zwracał uwagi na Jane, Demetriego czy Feliciano. Drżąc szedł w stronę łóżka, najwyraźniej nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
- Jane! - w domu rozległ się krzyk trzech wampirów. Po chwili wszyscy znaleźli się w odpowiednim pokoju. Renata próbowała ruszyć Jane, jednak ta stale ją odpychała, nie wypuszczając Feliciano spod władzy swojego daru.
- Trzymajcie go! - Heidi spróbowała przekrzyczeć wyjącego Feliciano. - Dem! Feliks! Ruszcie się!
Po niecałej minucie Feliciano był przytrzymywany przez dwóch mężczyzn w ten sposób, ze nie mógł się ruszyć. W tym czasie Heidi uspokajała Jane. W końcu blondynka wypuściła wampira spod wpływu daru.
- Zabijcie go... - spod jednej ze ścian rozległ się ciężki od emocji głos. Głos Amerigo. Renata pokiwała głową.
- Zaprowadźcie go do jadalni... tu jest za mało miejsca – rozkazała ,,tarcza” ruszając jako pierwsza. Dwaj kolejni, ze straży Volturi, trzymając Feliciano, ruszyli za nią. Jednak nie będąc pod wpływem daru Jane, blondyn był silny. Bardzo silny. Dwójka wampirów nie stanowiła dla niego problemu. Feliciano był starym, doświadczonym wampirem. Był starszy od Trójcy, a nawet od Rumunów. Kiedy tylko doszli do jadalni, stanowczym i nagłym ruchem przewrócił trzymających go mężczyzn i uciekł.
Feliciano pragnął daru Jane, jednak nie był głupi. Gniew, nienawiść i żal dały jej zbyt dużo siły. Nie uśmiechało mu się ponownie zostać królikiem doświadczalnym. Jej dar był niespotykanie silny. Człowieka zabiłby na pewno, a wampira... no cóż, zwykłego, niedoświadczonego wampira również. Dar Jane nie działał wówczas jedynie na płaszczyźnie psychicznej, ale i fizycznej. To odrobinę zaniepokoiło mężczyznę. Przecież ją obserwował. Jak mógł nie zauważyć, ze jej dar nie jest czysto mentalny? Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym więcej miał pytań. Ale nie przeszkadzało mu to. Lubił zagadki. A Jane była największą z jaką miał kiedykolwiek do czynienia. Uśmiechnął się do siebie. Takie zagadki wymagają czasu, a on jest cierpliwy. Bardzo cierpliwy.

- Jak to uciekł?! - w całym domu rozbrzmiał krzyk Jane
- On jest silny. Ma wiele darów, nie byliśmy w stanie nic zrobić... - tłumaczył się Demetri.
- Trzeba było zostawić go Jane. Wykończyłaby go - usłyszeli cichy głos. Amerigo wyszedł z pokoju syna, ale po jego policzkach nadal spływały łzy. - Idźcie stąd. Moja żona was zabije. Nienawidzi was tylko dlatego, że istniejecie. Stwierdzi, że to przez was Thomas nie żyje...
- Bo to prawda - powiedział cicho Alec, a siostra pokiwała głową.
- Może. Ale, jakby nie patrzeć, jesteście moją jedyną rodziną. Teraz, kiedy... - Amerigo wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić, ale na niewiele o się zdało. Po jego policzkach pociekły kolejne łzy. - Nieważne, że jesteście wampirami. Wiedziałem to od samego początku. Ale zaufałem wam...
- Może nie powinieneś - szepnęła Jane, a jej oczy stały się suche. - Może wtedy Thomas by żył?
- Może. Ale nigdy się nie dowiemy. Może i tak by nas zaatakował? Feliciano to groźny przeciwnik. Mało komu udaje się przeżyć spotkanie z nim. Mi się udało po raz kolejny, a Thomasowi... On nie miał tle szczęścia. - Mężczyzna usiadł na schodach i ukrył twarz w dłoniach. - Mam do was tylko jedną prośbę. Kiedy wróci moja żona... przyślijcie tu kogoś i powiedzcie, że zrobił to Eryk. 
- Czemu? - zapytała Renata
- Bo jego będzie w stanie zabić. A Feliciano jest dla niej za silny. Nawet łowcy mają swoje granice...
- Łowcy? - cztery głosy zadały to pytanie jednocześnie. Alec i Jane nie pytali. Babcia im o nich opowiadała. A właśnie babcia. Ostatnio nie odzywała się do Jane, a jeśli już, to cicho, słabo. 
- Idźcie już. Proszę... - mężczyzna walczył z sobą przez chwilę, a potem dodał niepewnie - Alec, Jane, przyjdźcie na jego pogrzeb. Tylko... trzymajcie się daleko, nie chcę by wam, lub mojej żonie stała się krzywda.
Szóstka wampirów w ciszy opuściła dom. Oczy Aleca i Jane były suche, nie patrzyli na drogę. Cały czas ktoś ich prowadził. Oboje obiecali sobie jedno. Zabiją Feliciano. Ale nie teraz. Teraz nie mieli sił. Nikt nie miał sił. Jakby ktoś wyssał z nich całą energię... 


Hej!
Nie spodziewaliście się takiego zakończenia, co? Ja w sumie też nie. Po prostu tak wyszło. Stwierdziłam, że Jane nie może mieć zawsze łatwo i przyjemnie. Byłoby nudno, nie sądzicie? Tak sobie myślę, że ten rozdział jest za krótki. po tak długiej nieobecności powinnam wstawić coś dłuższego, ale...  ale nie wyszło. Napisałam tle i jestem szczęśliwa... teoretycznie. Bo mam jeszcze napisać coś na natalieblack.blogspot.com. Chcę to zrobić dzisiaj, bo potem najdzie mnie pan Leń i nic nie wyjdzie. 
Pozdraiwam, 
Aga ;)

wtorek, 29 października 2013

Rozdział 26a

Przepraszam za tak długą nieobecność, ale zmiana szkoły, nowi nauczyciele i otoczenie nie wpłynęło korzystnie na moją wenę. Naprawdę nie wiem kiedy pojawi się kolejny wpis. Sorry...


Rozdział 26a
Alec:
Wreszcie do sali przyszli Aro, Marek i Kajusz, a chwilę później Felix.
- Nie jestem już pod wpływem jej dary- powiedział, kiedy zauważył, że wszyscy się na niego dziwnie patrzą.  
- To prawda- przyznał Aro, a jego bracia pokiwali głowami- Sofia jest uwięziona. Jak na razie nic nam nie grozi- Wszyscy pokiwali głowami.
- Dlaczego chciał zabić Jane?- spytałem.
- Ponieważ mogłaby jej przeszkodzić.
- W czym?- moja siostra dalej nie rozumiała o co chodzi.
- W zemście. Chciała się zemścić za Mint.- odezwał się Marek.
- Ale… jest więcej osób które mogłyby jej przeszkodzić. Dlaczego to mnie postanowiła… zabić?- spytała Jane.
- Nie wiem.- przyznał Aro.- Możliwe, że nie byłaś jaj jedynym celem. Z wiadomych niektórym powodów nie mogłem sprawdzić jej wspomnień- nikt nie pytał o co chodzi, wszyscy wiedzieli, że jeżeli któryś z Trójcy mówi „z wiadomych niektórym powodów” niebezpiecznie jest się dopytywać.
- Idźcie się przebrać i wróćcie za pół godziny.
Poszliśmy do swoich komnat. Jako, że przebraliśmy się szybko postanowiliśmy z Jane porozmawiać. 
- Jesteś pewna, że pozwolą na wyjść? No wiesz, jakby nie patrzeć jesteśmy tu potrzebni.- spytałem niepewnie. Nadal nie przekonałem się do tego pomysłu.
- Owszem, ale tydzień na pewno przeżyją. Rozmawialiśmy już o tym.  Odpowiedziałam ci tak samo. A zresztą, nawet jak nie pozwolą, to co? Będzie tak samo jakbyśmy nie zapytali.
- W sumie masz rację- przyznałem- Chodźmy do WS, jestem pewien, że minęło już pół godziny.
Wyszliśmy z pokoju. Na miejscu byliśmy już po kilku sekundach. Na środku Sali stała Sofia którą trzymał Felix. Kiedy wszyscy się zebrali, Aro podszedł do niej i przejrzał jej wspomnienia.
- Zabij ją.- powiedział do Feliksa, który od razu wypełnił rozkaz. Większość wampirów cofnęła się o krok lub dwa. Trójca zasiadła na tronach, a kiedy wszystko się uspokoiło, Kajusz przemówił.
- Sofia chciała zemścić się na nas, za zabicie jej siostry. Uważała, że Jane może jej w tym przeszkodzić, więc chciała się jej pozbyć. Domyślam się, że ona nie była jedynym celem- blondyn stwierdził to z pewnością w głosie, jednak Aro postanowił uzupełnić wypowiedź brata.
- Faktycznie. Jane nie była jedynym celem. Sofia chciała wyeliminować po kolei, każdego ze straży. Na koniec  chciała zostawić nas. Na szczęście już po wszystkim. Możecie się rozejść.
Wszyscy zaczęli wychodzić z Sali. W końcu zastałem tylko ja, Jane i Wielka Trójca.
- Chcecie coś?- odezwał się Marek, kiedy zauważył, że nikt inny nie kwapi się by zadać to pytanie.
- Tak- uśmiechnęła się moja siostra- Chcemy na kilka dni wyjechać z Voltery.
- W jakim celu?- chyba Aro nie ma zamiaru się zgodzić.
- Chcemy zajrzeć do naszego domu. I na grób babci. Minęło już dużo czasu odkąd byliśmy tam ostatnio.- uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Nie zgadzam się. Jesteście tu już od jakiegoś czasu, i powinniście zapomnieć o tamtym życiu. Jest tylko to. Poza tym potrzebujemy was tutaj- Aro uśmiechnął się do nich i ruchem ręki kazał im wyjść.
- Ehh… mówiłem, że nam nie pozwolą- spojrzałem na siostrę.
- Aro się nie zgodził. Marek i Kajusz nie powiedzieli ani słowa. A z tego co pamiętam decyzja miała być wspólna.
- Jakoś nie widziałem, żeby się zgadzali.
- Nie będą się przecież sprzeczali, kiedy my tam jesteśmy. Bez przesady. Ostateczną decyzję poznamy jutro, przecież wiesz.
- Tak, masz rację.- uśmiechnąłem się do niej. Mam nadzieję, że będziemy mogli wyjechać, bo od jakiegoś czasu nie jest między nami tak jak dawniej. Odkąd zostaliśmy wampirami, ona bardzo się zmieniła. I nie chodzi mi tutaj o wygląd zewnętrzny. Tutaj w Volterze ona jest bardzo ważna i ( o dziwo!) to nie Aro najbardziej interesuje się jej darem.
- Idę sobie przygotować ubrania- usłyszałem jej głos.
- Po co?- zdziwiłem się.
-Jeśli się okaże, że idziemy nie mam zamiaru marnować czasu na wybieranie ubrań.
- A jeśli się okaże, że nie idziemy?- spytałem.
- Oj, nie bądź takim pesymistą. Przygotuj coś sobie.- Kurczę ona naprawdę zwariowała. Może przedawkowała krew? Ciekawe czy tak się da…
- Czy ty się upiłaś?- spytałem z niedowierzaniem-  Jak na weselu wujka?
- Nie, wtedy było coś innego. A poza tym, wampiry chyba nie mogą się upić.- uśmiechnęła się.- uśmiechnęła się.
- Zapytamy kogoś? Chociaż, może lepiej nie, to by trochę dziwnie wyglądało.
- Trochę?- Jane zaczęła się śmiać- Wyobraź to sobie. Podchodzisz do…
- Kajusza- podsunąłem, śmiejąc się jak opętany.
- Kajusza i pytasz go…- nie dokończyła, ponieważ przerwał jej wybuch śmiechu. Dopiero po kilku minutach się uspokoiła.- Podchodzisz do Kajusa i pytasz go „Panie czy wampiry mogą się upić? A jeśli tak to jak bardzo?”
- Tak to by nieźle wyglądało.- przyznałem. Ciekawe jak by zareagowali wszyscy inni w Sali? Nie mówiąc już o Wielkiej Trójcy.  Jejku… Chyba mam za małą wyobraźnię.- Ale wiesz, może akurat nie jego bym zapytał.
- A czemu nie?- zapytała niewinnie Jane. Jej chyba naprawdę nie zależy na życiu. ( lub egzystencji, jak kto woli)
- No nie wiem…- udałem, że się zastanawiam.- Może dlatego, że zanim powiedziałbym jedno słowo, przypomniałbym sobie naszą wizję? A poza tym tu jest jeszcze wiele wampirów.
- Jutro będzie ciężki dzień. Zwłaszcza jeśli Kajusz będzie czegoś od nas chciał.- moja siostra opanowała kolejny wybuch śmiechu i wyszła. Poprawka. Próbowała opanować kolejny wybuch śmiechu, bo cały czas chichotała pod nosem. Teraz naprawdę wyglądała jakby wypiła za dużo.